Alejandro Pedryc: Wierzę, że zawodowa kariera jest już blisko

29 stycznia 2021

19-letni Alejandro Pedryc do swojego worka medali w minionym sezonie dołożył kolejne złoto mistrzostw Polski mężczyzn, złoto mistrzostw Polski 19-30, brąz MP match play oraz brąz klubowych mistrzostw kraju, w których reprezentował tradycyjnie Sobienie Królewskie G&CC. O startach w 2020 roku opowiada jednak z niedosytem, a na 2021 stawia sobie nowe cele i plany, jakie ma zamiar realizować w ramach uczelnianej reprezentacji Texas Tech University – uczelni z 1 dywizji NCAA.

W drugiej połowie stycznia wróciłeś na studia do USA. Pogoda w Teksasie sprzyja treningom?
Jest bardzo zmienna. Bywają dni po 18-20 stopni, ale zdarzają się takie po 5 stopni Celsjusza. Do tego mocny wiatr, więc temperatury odczuwalne są jeszcze niższe. To wymagające warunki do gry, co uważam akurat za atut. Dużo trenujemy na polu. Na początku stycznia, tuż przed tym jak tu przyleciałem, leżał jeszcze śnieg. Zdążył stopnieć, ale przywitała mnie zmrożona trawa, a piłka leciała po greenach dosłownie jak na betonie. Teraz jest w porządku.  
To jest klimat podobny do tego, w jakim się wychowałem (do 7. roku życia Alejandro mieszkał w Andaluzji, dokładnie w nadmorskiej Tarifie – przyp.red.). Zimą na południu Hiszpanii też sporo wiało, a temperatury nie były wcale gorące. Wiatr od morza i te kilkanaście stopni sprawiało, że czapka wełniana i ciepła kurtka to była zimowa codzienność. Ale grać w golfa oczywiście było można.

Wybrałeś studia w Texas Tech, a trenerzy stamtąd zaproponowali, abyś dokończył sezon w Europie i przyleciał do nich w styczniu 2020, wdrażał się, a od kolejnego lata zajął pełnoprawne miejsce w drużynie. Minął już ten czas aklimatyzacji?
Zgadza się. Po koronawirusowym lecie, od początku sierpnia do początku listopada, byłem do USA. Ten sezon jesienny był dziwny, pewnie dla wszystkich. Dużo niewiadomych, dziwna atmosfera. Niektóre uniwersytety wznowiły zajęcia, w tym mój, dlatego mogłem lecieć do Teksasu. To był też dla mnie czas, gdy już oficjalnie mogłem zacząć walczyć o miejsca w akademickiej reprezentacji. Grało mi się dobrze, ale zawsze czegoś brakowało. Ocierałem się o awans do turniejów. 

Teraz zaczynamy nowe rozdanie. Zagraliśmy pierwszy turniej kwalifikacyjny, następny będzie w tym tygodniu, a w walentynki mamy szanse na wyjazd na turniej do Kalifornii. Bardzo bym chciał się tam dostać, dodałoby mi to pewności siebie, bo dalej ciężko mi być tu sobą. Wokół jest tylu dobrych zawodników, to nie to samo, co w Polsce. Tu mentalność jest również inna. Wiedziałem, że USA nie będę miał wszystkiego podanego na tacy, tu naprawdę muszę zapracować na sukces. Poziom w drużynie jest wysoki, ale wyrównany. Jak jeden nie gra zbyt dobrze w danym momencie, to drugi bardzo łatwo może wskoczyć na to miejsce. Różnice między nami są znikome. Kogo by się nie dało do turniejowej piątki, to każdy będzie walczył o zwycięstwo. Ta duża rywalizacja między nami oczywiście motywuje. Drużyna jest naprawdę fajna.

Nie czujesz, że 2020 rok był pod względem sportowym nieco zmarnowany?
Lato spędzone w Polsce to nie była taka wielka strata. Pierwsze miesiące w USA były przeznaczone na aklimatyzację. Jeszcze nie mogłem walczyć o miejsca w turniejach akademickich, więc tamte 3 miesiące potraktowałem, jako zimowy wyjazd treningowy. W Polsce było wtedy zimno, więc akurat taki wyjazd był na moją korzyść. Po powrocie do Polski najpierw mogłem liczyć jedynie na uderzanie w siatkę w domu. Nie marudzę, bo każdy z nas miał utrudnione warunki przez różnego rodzaju restrykcje.
Plusem było jednak to, że mój uniwersytet wysłał paczkę z przyborami do ćwiczeń – gumy i worek, który po napełnieniu piaskiem, służy trochę jak domowa siłownia. Dostałem informacje, jak mam ćwiczyć, ustawiłem to na tarasie i realizowałem plan z rozpiski.
Po otwarciu pól trenowałem normalnie. Nie zagrałem zbyt dużo turniejów, bo tylko tyle było można. Celem było wygrywanie kolejnych mistrzostw, a nie wszystko się udało. Podczas MP match play przegrałem w półfinale w Kubą Dymeckim. Nie siedziałem potem w kącie i nie płakałem. Bardziej by mnie ta przegrana ruszyła, gdyby to był stroke play. Format meczowy rządzi się swoimi prawami, to inny typ gry. Kiedyś go uwielbiałem, teraz na odwrót – zdecydowanie wolę grać stroke’a. Zresztą w drugiej rundzie odnotowałem jedynie 67 uderzeń, na karcie zapisując pięć birdies, dwa bogey’e i eagle’a na 18. dołku, więc z tego byłem zadowolony. W Rajszewie nigdy nie grało mi się zbyt dobrze, więc odnotować tam -5 to był powód do radości. Gorszy za to był występ w Gradi Polish Open w randze Pro Golf Tour. Nie przeszedłem cuta. Bardzo byłem ciekawy tego porównania do zawodowców, ale Gradi GC jest specyficznym polem. Miałem wtedy taki czas, że nie grałem zbyt dobrze wedge’ami. To, co wtedy mi nie szło, na tym polu po prostu musi wychodzić. Więc to było dość pechowe. Jednak wiem, że gdybym zagrał w pełni swoich możliwości, to mógłbym skończyć w TOP10. To było kompetnie w zasięgu.

Potem, już w trakcie sezonu, nie mogłem za dużo mieszać w technice, bo wiadomo – na turniejach liczy się wynik, nie ma czasu na poprawianie danego aspektu gry. Po sezonie, jeszcze będąc w Polsce, praktycznie codziennie ćwiczyłem na symulatorze. Spędzałem po 3 godziny u Mateusza Kniaginina w ośrodku Konstancin Golf. Dużo trenowałem wedge’ami. Pracowałem nad zmianą swingu pod okiem mojego trenera Matthew Tippera.

Poza golfem, na uczelni ważna jest oczywiście nauka. Jesteś zadowolony z wybranego kierunku?
W tym roku mamy zajęcia i online, i w klasie. Lekcje przez internet wymagają więcej samodyscypliny. Często wykładowcy przesyłają materiał, z którym sam musisz się zapoznać. Pod tym względem nie jest tak ciekawie czy łatwe, jak to bywa w kontakcie na żywo, w sali wykładowej. Jednak to siedzenie w domu i patrzenie w monitor sprawia, że łatwo się rozkojarzyć. Mam dobre oceny, więc nie mogę narzekać. Myślałem, że będzie trudniej. Dopiero w tym semestrze zaczęły mi się zajęcia stricte związane, z tym co chciałem studiować, czyli finansami i biznesem. Wcześniej było trochę wypełniaczy akademickich w stylu antropologia w filmach czy muzyka w zachodniej cywilizacji. Do tego matematyka, chemia, więc trochę lekcji, które trzeba po prostu zaliczyć. 

Mieszkasz na kampusie?
Już nie. Najpierw mieszkałem w akademiku, a teraz przeniosłem się do mieszkania tuż obok uczelni. Dwóch kolegów z drużyny wynajmowało już wcześniej to mieszkanie, ja do nich dołączyłem. 

Macie czas na życie studenckie?
Miejsce, w którym jesteśmy, nie jest zbyt ciekawe. Lubbock to raczej małe miasto w środku niczego. Najbliżej na jakieś zwiedzanie mamy do Dallas. Ale… nie ma za bardzo czasu. Każdy mój dzień wygląda tak samo. Trzy razy w tygodniu ćwiczenia między 6.30 a 7.30 rano, potem chwila na prysznic i śniadanie, dalej lekcje, lunch i po 14.00 znów trening. Może przed epidemią była chwila na jakieś wyjścia studenckie, ale teraz trener prosi, abyśmy uważali czy wręcz unikali miejsc, w których jest dużo ludzi. Dlatego raczej gramy w domu karty lub oglądamy transmisje z turniejów.

Oglądałeś starty Adriana Meronka?
Oczywiście, że obserwowałem turniej w RPA, który Adrian prawie wygrał! Fajnie było zobaczyć, że Polak jest w stanie wygrać zawody European Tour. Długo był liderem, więc triumf jest już w jego zasięgu.

Wyobrażałeś sobie siebie w takich turniejach?
Wiele razy! Jak byłem mały to czasem puttując wyobrażałem sobie, że jestem np. na 16 dołku jakiegoś ważnego turnieju zawodowego. Wydaje się, że takie marzenia są już na wyciągnięcie ręki. Z drugiej strony daleka droga przede mną. Ale lepiej wierzyć, że już mam blisko!

Rozmawiała: Anna Kalinowska

Więcej o uczelni Alejandro opowiadał w marcowym wywiadzie, który można przeczytać TUTAJ.

Fot. Strzały na fairway’u oraz archiwum prywatne A.Pedryca