Meronk: przed igrzyskami powalczę o The Open

26 czerwca 2021

Adrian Meronk w zeszłym tygodniu zaliczył debiut w wielkoszlemowym US Open. I choć napisał nowy rozdział historii polskiego golfa, to przyznaje, że kończył występ nieco rozczarowany, wiedząc że stać go na więcej. We wtorek Międzynarodowa Federacja Golfa potwierdziła prawo udziału najlepszego krajowego golfisty w igrzyskach olimpijskich. Jednak jak mówi Adrian, do Tokio daleka droga, skoro wcześniej jest szansa na British Open i powrót do rywalizacji z najlepszymi na świecie… Zapraszamy do lektury wywiadu.

Jak zapamiętasz US Open?
Super przeżycie. Czułem, że tam należę. Nie ukrywam, że gra z najlepszymi golfistami świata mi się podoba. Chcę jak najszybciej tam wrócić. Podobała mi także się organizacja. To był top topów. Obecność kibiców, świetnie urządzone przejścia między driving rangem a polem czy strefą treningową. Niby oddzielone, trzeba poruszać się jak w labiryncie, ale znowu interakcja z kibicami jest wtedy możliwa. To było super!
Do tego przygotowano wszystko, czego tylko zawodnik może oczekiwać. Od szerokiego wyboru jedzenia, przez tony picia, do atrakcji w players’ lounge i udogodnień w szatniach. Organizatorzy pomyśleli dosłownie o wszystkim – od tego, że przygotowano dla nas trzy ciężarówki, w których była możliwa fizjoterapia do takich drobnostek, jak kremy do opalania i pomadki. W players’ lounge zawodnicy mogli pobrać w darts, w paddle tenisa, czy porzucać do kosza. Proste rzeczy, ale mające wpływ na atmosferę i nasze samopoczucie. Turnieje European Tour też są dobrze zorganizowane, ale tutaj było wszystkiego więcej i lepszej jakości.

Byłeś tym występem nieco zestresowany?
Pierwszego dnia na range’u. Jak już runda ruszyła, to grałem swojego golfa, jak na każdym innym turnieju. Choć miło było wreszcie zagrać pod okiem kibiców, szczególnie że amerykańska publiczność jest specyficzna – głośna, krzyczącą. Trzeba się do tego przyzwyczaić. Mnie to odpowiadało.

Podglądałeś swoich wcześniejszych golfowych idoli?
Skupiałem się na swojej grze, ale rundę treningową szedłem z Martinem Kaymerem, który zagrał gorzej ode mnie. To potwierdza, że takie turnieje to moje miejsce! 
Z Jonem Rahmem zamieniłem kilka słów jeszcze przed startem, bo kojarzymy się z college’u. Pogratulowałem mu, że został ojcem, chwilę pograliśmy razem.

Prawie rok temu opowiadałeś w wywiadzie, że jesteś już w stanie rywalizować jak równy z równym z czołowymi golfistami świata. Dopiąłeś swego – rywalizowałeś. To gdzie teraz zawiesiłeś poprzeczkę?
Teraz chciałbym co tydzień rywalizować w takim gronie. Nie raz w roku, a tydzień w tydzień grać na najwyższym poziomie. US Open motywuje do dalszej pracy i do tego, by w takim gronie znaleźć się na dobre.

Podczas transmisji telewizyjnej, kalifornijskie pole nie wyglądało na tak trudne, jakim zapewne w rzeczywistości jest.
Z daleka Torrey Pines nie wygląda na trudne. Roughy nie były wysokie, ale gęstość czterech różnych gatunków traw tam użytych, robiła swoje. Piłka układała się w różnych miejscach i trzeba było dobrze odczytać jej położenie. Do tego trudne greeny, bardzo pofałdowane i szybkie. Szczerze mówiąc, gdy zagrałem rundę treningową to pomyślałem, że… pole będzie trudniejsze. A jednak wyniki to zweryfikowały. Mały błąd kosztował tam wiele.

To już na spokojnie – co wydarzyło się na tej ostatniej dziewiątce, po której nie udało się awansować do finałowych rund?
Seria gorszych strzałów, związana z gorszymi decyzjami. Miałem jakiś trudny chip z roughu – zamiast skupić się, aby trafić na green, to chciałem zagrać ciut za delikatnie i piłka została w kolejnym roughie. Potem już efekt domino. Ostatnie dołki grałem bardzo agresywnie, aby tylko jakieś birdie ustrzelić, a niestety poszło w drugą stronę. Jedenasty dołek wszystko popsuł.

Byłeś wściekły?
Bardziej rozczarowany. Wiedziałem, że stać mnie na więcej. Że gram lepiej niż wynik pokazał. Powinien spokojnie walczyć o miejsce w pierwszej trzydziestce.

Co chciałbyś wyśrubować w swojej grze lub podejściu mentalnym?
Małe niuanse w krótkiej grze i w ironach, bo one trochę mi uciekały z celu. Puttowanie, z którym kiedyś nie czułem się dobrze, na US Open było świetne i z tego jestem najbardziej zadowolony. Bo puttowanie jest kluczem, a wszystko inne da się poprawić. 
Z tego, co obserwuję, to na tym najwyższym sportowym poziomie pewność siebie gra ważną rolę. Nawet jak grałem z Jonem w college’u to on był niesamowicie pewny siebie, nie tylko na polu, choć tam to było bardzo widoczne. Jak coś mu nie wyszło to podchodził do kolejnego strzału i po prostu robił swoje. Ja daję sobie radę z tą pewnością coraz lepiej, ale ostatnia dziewiątka pokazała, że jeszcze jest dużo do poprawy.

Znamy już ostateczny ranking olimpijski. Oczywiście zobaczymy, kto potwierdzi, a kto zrezygnuje ze startu w igrzyskach. Jakie oczekiwania masz na ten moment, obserwując nazwiska?
W rankingu nie znaleźli się m.in. Sergio Garcia czy Martin Kaymer. Dustin Johnson też podziękował, a na pewno jeszcze kilka ważnych osób odpadnie. Wciąż jednak na liście pozostaje paru graczy z pierwszej światowej dwudziestki, więc będzie z kim grać. Szykuje się fajne i ciekawe doświadczenie, ale też zupełnie inny turniej. Tylko 60 uczestników, cztery dni bez cuta, także strategia może się różnić. Spodziewam się, że wszyscy będą grali agresywnie od początku. 

Kiedyś, jako wielki fan sportu, marzyłeś o igrzyskach. W tym miesiącu, jeszcze przed olimpiadą, dostałeś szansę występu w US Open. Czy udział w Wielkim Szlemie zabrał igrzyskom blasku?
Trochę tak. Na początku roku nie myślałem o US Open, skupiałem się na startach w European Tour i uzyskaniu kwalifikacji olimpijskiej. A tu taki bonus. Jestem z tego wielce zadowolony, bo w świecie golfa granie w „majorsach” to wielkie wydarzenie. Debiut za mną, teraz skupię się na najbliższych startach w ET, czyli Irish Open na początku lipca i tydzień później Scottish Open. Tam będę walczył o kwalifikację do The Open, mając nadzieję na jeszcze jeden wielkoszlemowy turniej przed igrzyskami. Intensywny czas, przed Tokio jeszcze wiele do zdobycia.

Co po igrzyskach..?
Dalsza walka w European Tour i Race to Dubai. Moim celem na ten rok jest udział w finałowym turnieju ligi, który odbędzie się 18-21 listopada w Jumeirah Golf Estates. Dobrze się czuję w Dubaju. Spędziłem tam zimą trzy miesiące, poznałem pola, więc gra w finale byłaby idealnym zwieńczeniem sezonu. Jestem na dobrej drodze.

A wymarzone wakacje po sezonie to jakie?
Na jakiejś rajskiej wyspie, na pięknej plaży…

Na której wytrzymałbyś bez ruchu..?
Dwa dni. Potem szukałbym aktywności. Pewnie surfing, windsurfing. Woda mnie relaksuje.

Karierę zaczynałeś od piłki nożnej, brałeś też udział w zawodach lekkoatletycznych, generalnie jesteś bardzo sprawny. Jest jakiś sport, w którym gorzej sobie radzisz?
Dobre pytanie. Hmm. Może właśnie w tych sportach wodnych musiałbym się podszkolić. Za mną tylko kilka lekcji windsurfingu – bardzo mi się podobało, ale na pewno jest potencjał na więcej.

Kto będzie następcą Adriana Meronka?
Cały czas czekam na Mateusza Gradeckiego, aby do mnie wreszcie dołączył. Gra w tym roku dużo lepiej, dobrze sobie radzi w Challenge Tour. Pozostajemy w stałym kontakcie, jak jesteśmy obaj we Wrocławiu w tym samym czasie (co niezwykle rzadko się zdarza), to próbujemy się złapać. 
Z młodszego pokolenia to myślę, że Alejandro Pedryc ma największą szansę, bo jest w bardzo dobrej szkole w Stanach (Texas Tech University – przyp. red.). Musi tam grać dobrego golfa, aby w ogóle być wybieranym do uczelnianej reprezentacji, więc myślę, że sporo to wniesie do jego rozwoju. Z Alejandro nie mam tak regularnego kontaktu, ale ćwiczy z moim trenerem Matthew Tipperem, więc obserwuję jego poczynania i bardzo mu kibicuję.
Byłoby fajnie nie być takim polskim rodzynkiem w tourze. Chciałbym móc na zawodach grać z kumplami i rozmawiać po polsku.

Powodzenia! Dziękuję za rozmowę!
Tekst i zdjęcie: Anna Kalinowska