Mateusz Gradecki przed sezonem w PGT: Czuję się mocny

10 marca 2021

Po chwili odpoczynku od golfa Mateusz Gradecki szykuje się do startującego w kwietniu cyklu turniejów trzeciej zawodowej ligi – Pro Golf Tour. W planach na ten sezon polski zawodowiec ma również występy w Challenge Tour, ale najważniejsza ma być radość z gry. Opowiedział nam o swoich przygotowaniach i minionych miesiącach.

Co słychać? Gdzie jesteś?
Jestem w domu już od ponad miesiąca. Jak na moje standardy to bardzo długo! Ale cieszy mnie taki czas, bo miałem dość podróżowania, które w czasie pandemii zrobiło się uciążliwe. Po sezonie letnim byłem w Hiszpanii – właściwie cały październik, listopad, grudzień. Styczeń spędziłem w USA. Wróciłem do Polski w lutym, wyskoczyliśmy na szybko do Szwajcarii, nacieszyć się zimą na stokach w Verbier. Potrzebowałem odpoczynku. Zrobiłem sobie 3 tygodnie przerwy od golfa. Poza lekkim treningiem fizycznym, to miałem naprawdę luz. Był odpoczynek, trochę aktywności, trochę Netflixa i dużo dobrego jedzenia. Dwa tygodnie temu wróciłem do treningów.

Szykujesz się do kwietniowych startów w Pro Golf Tour?
Tak. W następnym tygodniu planuję jeszcze pobyt treningowy w Marbelli, na ostatnie szlify przed sezonem. Spędzę tam ok. półtora tygodnia, dalej powrót do domu na Wielkanoc. Zaraz potem już wylot do Egiptu, aby być tam przed pierwszymi zawodami PGT. Niestety styczniowe starty w Afryce, w tym roku zostały przełożone na kwiecień.
13 kwietnia zaczyna się Red Sea Egyptian Classic, tydzień później Red Sea Sokhna Classic. Potem wystartuję jeszcze w dwóch turniejach PGT, już w Europie. Za to w maju planuję udział w turniejach Challenge Tour.

Kilkukrotnie startowałeś we wspominanych zawodach – w zeszłym roku zająłeś dzielone szóste miejsce w Red Sea Egyptian Classic, notując jedynie dwa uderzenia straty do zwycięzcy, a w Red Sea Ain Sokhna Classic 2020 byłeś na T4. Dobrze się czujesz w Egipcie?
Miło wspominam dotychczasowe pobyty. Tam, gdzie teraz lecę, hotel jest przy samym chippingu, puttingu i pierwszym dołku. Fajny ośrodek, wszystko na miejscu. Nie miałem do tej pory też żadnych przygód żołądkowych, co się niektórym przydarza. Ale przygotowuję organizm do zmiany flory bakteryjnej. Zawsze brałem chlorellę plus sprawdzone, naturalne specyfiki. Mój lekarz zapisuje mi też minerały, które w razie zatrucia czy biegunki mogą pomóc – krople srebra, selen, cynk, magnez. 

Generalnie stawiasz na zdrową dietę, prawda?
Zgadza się. Dobrze i dużo jem, ale mówiąc szczerze to za bardzo nie gotuję. Chętnie coś pokroję, pomogę w kuchni, ale nie jestem tym, który tworzy. Od przeszło roku minimalizuję spożycie mięsa, za to jem ryby i owoce morza. Lepiej się wtedy czuję. Lekarz zwrócił mi uwagę, że pszenica i mleko krowie mogą mnie osłabiać, więc zniknęły z jadłospisu. Jak jestem na rundzie to najczęściej sięgam po miks orzechów z owocami lub batony energetyczne białkowe, ale produkowane bez mleka. Do tego wegański shake białkowy.

W tym sezonie w Polsce odbędą się dwa turnieje PGT – Gradi Polish Open by Emeralld (30 czerwca-2 lipca) i debiutujący w kalendarzu ligi Karolinka Golf Park Matchplay (5-8 lipca). Czy wystartujesz w obu?
Ta kwestia stoi jeszcze pod znakiem zapytania. Terminy tych zawodów wypadają w czasie, w którym chciałbym skupić się na Challenge Tour. Będzie zatem ciężko, ale zrobię wszystko, by w co najmniej jednym wystartować. Może się uda w obu – zobaczymy. Nie deklaruję nic na 100 procent. Mój plan na ten rok to startować mniej, ale lepiej się do każdego występu przygotowywać. Z doświadczenia wiem, że im mocniej się przygotuję, im więcej mam przed turniejem czasu, spokoju i treningu, tym lepiej wszystko wychodzi. Jak się jest ciągle w drodze, pędzi z turnieju na turniej, to gubi się rytm.

Jakie masz zatem oczekiwania wobec tego sezonu?
Nie skupiam się na celach wynikowych. Chcę się skoncentrować na tym, co robię; na wypełnianiu pomniejszych celów, które zbliżą mnie do wszystkiego, co długoplanowo zamierzam osiągnąć. Bardzo dobrze przetrenowałem ostatnich parę miesięcy, czuję się mocny, gotowy na następny krok. 2020 to był trudny rok dla wszystkich, ale miałem dużo momentów na przemyślenie i przećwiczenie pewnych aspektów, na które wcześniej nie było czasu.

Jakich? Co zmieniałeś w technice gry?
Miałem wcześniej pewne tendencje, które chciałem wyeliminować. Na początku mój zły strzał to był draw, naturalnie grałem za dużo w lewo. Później przerodziło się to w wysoki push, czyli strzał w prawo. Borykałem się z tym ostatnie dwa sezony. Na początku pandemii zdecydowałem się na współpracę z Shauheenem Nakhjavanim z Kanady. Konsultuję z nim technikę, ale ponieważ pracujemy tylko online, to zmiany wdrażam pod okiem Mike’a O’Briena. Dobrze mieć osobę, która okiem z zewnątrz spojrzy. Zaczęliśmy z Shauheenem działać bardziej rotacyjnie, abym miał więcej miejsca na dostarczenie kija do piłki w downswingu. Te czysto techniczne zmiany poprawiły lot piłki i powtarzalność.
Poza Shauheenem i Mikiem to mam team ludzi, z którymi cały czas pracuję – od lekarza do psychologa sportowego. Od dłuższego czasu stosuję wiele technik oddechowych i medytacyjnych. Jeśli chodzi o caddiego to wciąż jest nim Nick Lane z Marbelli – mój pierwszy trener, z którym wciąż mam świetne relacje.

Jakbyś podsumował 2020 rok? Co się udało?
Cieszyła powtarzalność gry. Nie wygrałem żadnego turnieju, było ich niewiele, ale z turnieju na turniej notowałem powtarzalną grę. Coraz mniej było błędów i tendencji, jakie pojawiały się wcześniej. Wiele razy miałem szansę na wygraną, kończyłem zawody w czołówce. To, nad czym pracowałem, powoli przynosiło efekty.

7. miejsce w Order of Merit PGT – radość czy niedosyt?
Niedosyt. Jakby to był pełny sezon, to miałbym więcej szans na poprawienie tej pozycji. Wielu graczy, którzy mnie wyprzedzili, miało super sezon – notowali po kilka wygranych.

Odpowiedź więcej o styczniu w USA.
Pojechałem do Stanów, bo dostałem na Instagramie zaproszenie na Big Money Golf Classic – zawody nie tourowe, ale takie, w których wystartowało wielu graczy z PGA Tour czy Korn Ferry Tour, czyli drugiej amerykańskiej ligi. Do wygrania było 100 tysięcy dolarów, czyli jak na turniej żadnej rangi i nie dający punktów do światowego rankingu, to wielkie pieniądze. Miałem przygodę na wylocie, doleciałem dwa dni później niż chciałem, co zaskutkowało tym, że w pierwszej rundzie nie zagrałem najlepiej. Pierwsze dwie rundy zagrałem ze zwycięzcą tego turnieju. Dwa ostatnie dni super mi się grało i wskoczyłem z setnej pozycji do pierwszej dwudziestki – zająłem ostatecznie dzielone 18. miejsce. Szczególnie świetnie wyszła druga runda – odnotowałem 65 uderzeń (-5) przy wietrznej pogodzie na trudnym polu The Legacy Club w Alaqua Lakes w pobliżu Orlando na Florydzie.
Dość dobrze zacząłem kolejny turniej w USA (na -2), ale kolejne rundy odwołano za względu na przypadki COVID-19.
Potem grałem na Zachodnim Wybrzeżu dwa kwalifikacyjne turnieje jednodniowe do PGA Tour (do turnieju na Torrey Pines i do Waste Management Phoenix Open). Zagrałem średnio, a aby się dostać to trzeba się znaleźć w tej garstce, która zagra średnio między -5 a -8. Fajne doświadczenie, nie żałuję, szczególnie że w Europie nic już się wtedy nie działo.

Ile testów na koronawirusa już przeszedłeś?
Tylko trzy. W PGT nie było takiej kontroli jak w European Tour. Podczas podróży, szczególnie tej powrotnej z USA do Polski, jakieś cuda się działy – niby nie trzeba było mieć testu, a jednak go wymagali, ale udało się w końcu wrócić bez… Teraz przede mną więcej testów.

Wspomniałeś na początku o krótkim urlopie w Alpach. Preferujesz narty czy deskę?
Od małego jeździliśmy z rodzicami na narty w Alpy, ale jakieś 8-10 lat temu przerzuciłem się na snowboard. Spodobało mi się. Jest mniej kontuzjogenny, co teraz ma znaczenie. Na stoku głowa mi odpoczywa. To jest dla mnie super odprężające.

Czego Ci życzyć na najbliższe tygodnie?
Radości z gry. Plus cierpliwości i wytrwałości. Bo forma i zdrowie jest. 

Rozmawiała: Anna Kalinowska

Fot. Strzały na fairway’u oraz archiwum zawodnika