Maria Żrodowska: Po trudnym sezonie cieszy mnie powrót do USA

19 stycznia 2021

Jej kariera sportowa udowadnia, że przy pasji i talencie odległość miejsca zamieszkania od pola golfowego nie musi być przeszkodą w rozwoju. Jak opowiada Maria Żrodowska, z zachodniopomorskiego Ronina daleko miała wszędzie, a mimo wszystko chciała grać w golfa. Od kilku lat należy do kadry narodowej, od 2018 roku jest studentką William Woods University i reprezentantką drużyny akademickiej. Choć w 2020 roku zdobyła brąz mistrzostw Polski match play, srebro z drużyną w European Team Shield Championship, złoto PZG Masters, to uważa że prezentowała formę niższą od oczekiwanej.

Wróciłaś właśnie na trzeci rok studiów w Missouri. Z radością leciałaś do USA?
Nie mogłam się doczekać! Niektórym ta pandemia wyszła na dobre, bo mieli więcej czasu na golfa. Ja uważam, że mój poziom gry znacznie się obniżył. Chętnie wracam do USA, bo moja praca i studia są podporządkowane treningom i startom w turniejach. Czuję się tam swobodnie. Właśnie rozpakowuję bagaże i patrzę na padający za oknem śnieg…

Co sprawiło, że tak ciężko, pod względem sportowym, zniosłaś 2020 rok?
Gdy zaczęła się pandemia, nie mieliśmy możliwości udziału w turniejach, wszystko zostało odwołane. Większość koleżanek wróciła do domów. Z uwagi na pracę musiałam zostać na kampusie. Dopiero kiedy okazało się, że na kampusie pojawiły się osoby zakażone COVID-19 zaczęłam myśleć o powrocie do kraju. W końcu kampus zamknięto, a wszyscy musieli wrócić do domów. Niestety to był już czas kiedy powrót do Polski był niemożliwy. Pojechałam więc na miesiąc na Florydę, do domu rodzinnego Nicole Polivchak, której rodzice zgodzili się, abym u nich przeczekała ten trudny okres. Podczas pobytu u Nicole większość czasu poświęcałam nauce i tylko kilka razy udało mi się wyjść na pole golfowe. Nie mogłam więc trenować w dosłownym słowa tego znaczeniu.

6 maja wróciłaś do Polski. 
Dzięki staraniom rodziców mogłam przylecieć do Berlina, skąd odebrał mnie tata i przywiózł do domu w Roninie koło Słupska. Najpierw musieliśmy zaliczyć rodzinną kwarantannę, potem wróciłam do treningów, do mojego kochanego trenera Wacława Laszkiewicza. Wacław od zawsze wspierał mój rozwój i karierę sportową. Cały czas pomaga mi zarówno w kwestiach technicznych, jak i mentalnych, od lat jest moim mentorem. Nawet jak jestem w USA, to jest dla mnie jak tata. Z uwagi na odległość od Tokar mój trening to mała wyprawa na cały dzień. Wszystko dlatego, że do pola golfowego mam ponad 140 km i muszę jechać ponad dwie godziny w jedna stronę, aby móc spotkać się z trenerem.

Jak udało się zatem dojść do poziomu, który pozwalał na powołanie do kadry narodowej?
To była ciężka praca i jak wszyscy mówią – odrobina talentu. Ja wiem jednak, że to mój tata i jego upór sprawił, że osiągnęłam wysoki poziom w tak krótkim czasie. Były wzloty i upadki, jak to w sporcie, ale tata zawsze był przy mnie. W domu mam miejsce do wybijania piłek na 60 metrów, ale mogę tam używać tylko krótkich kijów, więc nie jest to żaden kompleksowy trening, choć zawsze coś. Całe szczęście, że w oddalonym o 40 minut jazdy Zajączkowie powstało pole i driving range, na którym mogę trenować. To też zasługa trenera Wacława i właściciela obiektu Józefa Bogusza.

Latem odbywałaś w Zajączkowie potrzebny do studiów staż. Udało się wtedy codziennie grać?
Niestety nie. Praca w recepcji nie daje takich możliwości. Po pracy, czyli o 18.00, najczęściej byłam już zbyt zmęczona. Dlatego moje treningi nie wyglądały tak, jakbym sobie tego życzyła. Moja forma w tym roku nie zbliżyła się nawet do tej, jakiej bym oczekiwała. Jestem jednak bardzo wdzięczna prezesowi obiektu w Zajączkowie – panu Józefowi Boguszowi – za to, że umożliwił mi korzystanie z drivingu i grę na polu bezpłatnie!  

Brąz MP match play, srebro z drużyną w European Team Shield Championship, wygrana w PZG Masters… To złe wyniki?
Oczywiście nie, ale brak regularnych treningów i całe to koronawirusowe zamieszanie niestety nie pozwoliły na to, by wyniki były lepsze. To znaczy takie, jakich oczekiwałam.

To który sukces w karierze uważasz za największy?
Pierwszy sezon w USA był fenomenalny. Prezentowałam życiową formę i to właśnie tam odnotowałam swój największy sukces – zajęłam piąte miejsce w The NAIA Women’s Golf National Championship, który odbywał się w Oklahomie na polu Lincoln Park Golf Course. To był historyczny wynik dla naszej uczelni! Pierwsze rundy na minusie, rekord pola… Mimo tego, że nie przeszłyśmy cuta jako drużyna, to indywidualnie zajęłam bardzo dobre miejsce. Chwilę wcześniej wygrałam jeden z turniejów i  zdobyłam nagrodę gracza roku w American Midwest Conference, więc tamten czas wspominam najmilej. 

Sukcesy w USA smakują inaczej niż te osiągane w Polsce?
Dokładnie! W Polsce wszyscy się znamy, wspieramy, rywalizujemy na znanych nam polach. A kiedy wygrywasz w kraju o wielkiej tradycji golfowej to jest niezwykłe uczucie. Taka Marysia z małej wioski na północy Polski, może osiągać takie wyniki w USA – to wręcz surrealistyczne.

Jakie masz zatem plany i oczekiwania na najbliższe tygodnie?
Na razie pewne jest, że zagramy w ramach naszej konferencji American Mid-West oraz w NAIA Women’s Golf National Championship. Jeśli chodzi o inne turnieje to dopiero się rozstrzygnie, czy odbędą się czy nie.

Jak dogadujesz się z drużyną? Jaka panuje atmosfera?
Wszystkie się lubimy, rozmawiamy chętnie, spędzamy ze sobą sporo czasu. Nie ma może tej więzi, jaka łączy sportowców gier drużynowych, ale jest naprawdę fajnie. Mimo że jestem jedyną dziewczyną z zagranicy, w dodatku pełnię funkcję kapitana, to nikt w ekipie nie ma mi tego za złe, nie patrzy z góry. Zresztą jako kapitan pomagam dziewczętom, a one coraz częściej same przychodzą do mnie i proszą o wskazówki, jak grać lub jak poprawić dany element gry.
Najbliższą mi osobą w USA jest jednak o rok młodsza koszykarka Kasey Hazell, z którą mieszkałam w pokoju na pierwszym roku i z którą bardzo się zaprzyjaźniłam.

A jak oceniasz trenera? 
Dobrze się rozumiemy. Trener nie wywiera wielkiej presji, akceptuje to, że raz masz lepszą formę, a innym razem słabszy dzień. Jest bardziej selekcjonerem niż trenerem w naszym tego słowa rozumieniu. Wybiera, kto i kiedy ma co grać. W USA każdy zawodnik ma się rozwijać sam i to jemu ma najbardziej zależeć. Jeśli dostajesz się do drużyny akademickiej w USA, to nikt nie będzie cię uczył techniki. Ty masz ją mieć i robić swoje, masz się doskonalić na własną rękę. Trener decyduje, czy pojedziesz na turniej czy nie.

Czy z wyboru uczelni jesteś zadowolona?
Gdybym miała wybrać jeszcze raz, to pewnie wolałabym uczelnię w cieplejszym miejscu, położoną na południu kraju. W Fulton zimą jest śnieg, więc warunki do treningu kiepskie, wewnątrz budynku średnie. Z drugiej strony ta sezonowość klimatu kontynentalnego daje chwilę oddechu od golfa, co też ma swoje dobre strony. Nie narzekam, bo bardzo mi się w William Woods podoba. Uczelnia jest mała, więc nauczyciele się powtarzają, znają cię osobiście, mówią do ciebie po imieniu, wiedzą kim jesteś i po prostu prowadzą przez te lata studiów, jak swoje dzieci.

Jakie masz rady dla młodszych kadrowiczów planujących studia w USA?
Aby nie odwlekali testu SAT i egzaminu TOEFL na ostatnią chwilę. Najlepiej już rok czy półtora przed planowanym wyjazdem podejść do egzaminu, sprawdzić jak to jest, bo potem stres zjada, a zegar niestety tyka. Jeśli ktoś jest w temacie studiowania za granicą zielony, to na pewno powinien skorzystać z pomocy wyspecjalizowanych agencji. Oni podsuwają różne opcje, które warto poszerzyć o swój własny research i rozmowy z trenerami z wybranych uczelni.

Ty dostałaś dużo opcji do wyboru?
Ze względów finansowych nie miałam wielkiego wyboru. Rodzice są nauczycielami i nie mogą choćby w części sfinansować moich studiów, więc w grę wchodziły jedynie uczelnie, które oferowały 100% stypendium. Brałam pod uwagę uczelnię z Oklahomy i William Woods University w Missouri. Trener z Wiliam Woods University  zrobił na mnie duże wrażenie i zaoferował 100% stypendium, więc wybrałam wyjazd do Missouri. Chociaż treningi nie wyglądają tak, jak obiecywał, to kameralny charakter uniwersytetu i bardzo miła atmosfera w drużynie bardzo mi pasuje. Klimat jest domowy.

Warto zainwestować w bilety i zrobić objazd po uczelniach, które ktoś rozważa?
Jeśli tylko ktoś ma na to fundusze, to jak najbardziej tak! Można wtedy porozmawiać na żywo z trenerem, zobaczyć w jakiej formie jest pole golfowe, sprawdzić warunki zakwaterowania. Uczelnia The University of Tennessee at Chattanooga, w której studiuje Dorota Zalewska, oferuje pokoje typu studio. U mnie jest to typowy internat – pokoje dwuosobowe, łazienki na korytarzu. Wyżywienia nigdy nie porównywałyśmy, ale na pewno klimat na stołówce bywa różny, zależy w dużej mierze od wielkości uczelni. Warto wszystkie aspekty wziąć pod uwagę i dokonać świadomego wyboru, by potem nie żałować i nie zmieniać uczelni.

Zmiana uczelni niesie za sobą poważne konsekwencje?
Jeśli myślisz o zmianie uczelni, to musisz najpierw porozmawiać z trenerem. Rozmowy prowadzone z inną uczelnią, za plecami obecnego trenera, są bardzo źle widziane. Znam przypadek chłopaka, który chciał przejść do innej szkoły, której drużyna rywalizowała w ramach NCAA. Po wyjeździe okazało się, że nowa uczelnia nie spełnia oczekiwanych warunków. Powrotu do poprzedniej nie było. Został bez uczelni i musiał wrócić do Europy. W każdej chwili można  zmienić szkołę, ale nigdy tak naprawę nie ma gwarancji, że to zmiana na lepsze.

Wspominałaś, że chcesz ponownie pracować, jako opiekun internatu. Na czym to dokładnie polega?
Mowa o akademiku, w którym mieszkam. Jako opiekun budynku muszę być w pokoju w określonych godzinach, aby pomagać mieszkańcom w różnych sprawach. Zazwyczaj dyżury są między godz. 20 do 24.00. Moim zadaniem jest sprawowanie nadzoru i reagowanie w różnych sytuacjach – w razie pożaru zarządzam ewakuacją, wydaję klucze, sprawdzam porządek itp. Czasem po prostu muszę mieć „drzwi otwarte” dla pierwszoroczniaków, którzy mają pytania i nie potrafią się odnaleźć. Sporo młodych studentów z USA tęskni za domem, dla wielu to pierwszy dłuższy czas bez rodziców i w chwili kryzysu, podczas tych dyżurów, przychodzą  do mnie. Ale mimo wszystko to super praca, bo mam kontakt z innymi i czas na odrabianie swoich zadań.

Z czym wiążesz przyszłość?
W kwietniu przyszłego roku skończę studia z tytułem licencjata. Jeszcze nie wiem, czy magisterkę chcę robić w USA czy może w Europie. Nie wybiegam myślami za daleko. Na pewno chcę być zawodowo związana z golfem – jako trener lub osoba zarządzająca strefą golfa. Marzeniem była oczywiście kariera zawodowej golfistki, ale patrzę na to realnie – już teraz mam problem z kręgosłupem, więc moja ewentualna kariera nie byłaby długa. Wybieram bezpieczniejszą przyszłość.

Rozmawiała Anna Kalinowska

Fot. Strzały na fairway’u/PZG oraz archiwum prywatne zawodniczki