Artysta Tomasz Fronczek – połączyć golfa ze sztuką

30 sierpnia 2013

Absolwent Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych, a następnie wydziału Architektury Wnętrz i Wzornictwa Przemysłowego wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych. Pasjonat różnych dziedzin sztuki. Obok wiodącego malarstwa zajmuje się także rysunkiem, fotografią, projektowaniem, czy grafiką komputerową. Interesuje się także… golfem.

Przed państwem – Tomasz Fronczek!

Polski Związek Golfa: Wiele zainteresowań, form plastycznych, technik… Czytając informacje o Panu nie można oprzeć się wrażeniu, że nie lubi Pan norm, ograniczeń konkretnych reguł… Czy takie poszukiwanie nowych form, tworzenie nowych technik przekłada się na całe Pańskie życie, czy sztuka to taka forma odskoczni?
Tomasz Fronczek: Jako artysta uważam łamanie konwencji i odstępstwo od reguł za jeden z ważniejszych punktów wyjścia do tworzenia sztuki. Sprawa nie jest jednak wcale taka prosta i tylko niewielu twórcom, albo raczej wielu artystom, ale tylko w określonym miejscu i czasie, udaje się taką sztukę tworzyć. Stąd określenie, że artystą się „bywa”. Obecnie najbardziej pasuje mi do opisania tego momentu pojęcie „flow”, czyli przepływu.

Tłumaczonego jako wena, zapał, natchnienie…
Odczuwamy go wtedy, gdy jesteśmy szczęśliwi, coś nam szczególnie dobrze wychodzi i wszystko się idealnie składa – zakochanie, taniec, śpiew, twórczość. Termin zaczerpnięty z psychologii, łączy sztukę z życiem, gdyż nie odnosi się tylko do działań sticte artystycznych, ale ogólnie życiowych. Stąd już tylko krok ku ulubionemu przeze mnie traktowaniu życia trochę jak sztukę. Uświadomiłem sobie to kilkanaście lat temu w Niemczech, gdzie w użyciu mają słówko „Lebenskunst”, które nieco silniej niż nasza „sztuka życia” akcentuje taką postawę w działaniu. Oczywiście świat i życie, a w szczególności golf maję swoje reguły, to jednak liczy się dla mnie przede wszystkim ich świadomość oraz wynikające z tego konsekwencje. W tym sensie sztuka nie może być dla mnie odskocznią, bo tkwię w niej całym sobą i przez cały czas – także podczas gry w golfa.

Pańskie prace poruszają temat sportu – między innymi golf pojawiający się zarówno w fotografii, jak i malarstwie. Skąd zainteresowanie tą dość mało popularną w Polsce dyscypliną? Gra Pan?
Sport zawsze mnie pociągał. Pamiętam usportowione podwórko i granie z kolegami w wszelkie możliwe gry i zabawy. Nigdy jednak nie przyszła mi do głowy jakakolwiek profesjonalizacja. Podchodziłem do tego czysto hobbystycznie. Najpierw była piłka nożna – czysty instynkt, trochę jak Robert Lewandowski, mniej kreacji, ale potrafiłem być gdzie trzeba i strzelać dużo goli. Dalej koszykówka, gdzie poznałem, że liczy się intelekt. I wreszcie tenis i golf, jako spełnienie sportowe rozumiane jako połączenie siły i wytrzymałości z koordynacją ruchową i myślą taktyczną.

Na swoich obrazach przedstawiam tematy, które mnie aktualnie fascynują. Pierwszy kontakt z golfem miałem w 2004 roku w Amber Baltic. Spotkałem tam kolegę – prawdziwego maniaka golfa, który przez całe dnie grał i palił trawkę. Popróbowałem wszystkich uderzeń i gry na kilku dołkach, jednakże byłem wtedy pochłonięty tenisem, a golf wydał mi się zbyt trudny. Wciągnęła mnie tak naprawdę w 2007 roku moja miłość Kasia Kmita, także artystka, która od kilku lat uczestniczyła w plenerach malarsko-golfowych organizowanych przez Binowo Park GC i szczecińską galerię Art Galle. Po kilku dniach treningów złapałem bakcyla i tak to już zostało, a że jest to sport w Polsce mało popularny to mi akurat pasuje – gdyby był to chyba bym w niego nie grał.

Pańskie prace dotykające golfa są niesztampowe. Jak udaje się Panu połączyć pewien schemat, ramy dyscypliny ze sztuką?
Na początku malowanie obrazów o tematyce golfowej przychodziło mi z pewną trudnością, dopiero po pokochaniu i lepszym poznaniu dyscypliny odkryłem nowe, praktycznie niewyczerpane zasoby tematyczne i formalne. To korzystnie wpłynęło na moje możliwości twórcze. Połączenie golfa z sztuką jest cudownym przeżyciem i doświadczeniem dla mnie i moich przyjaciół-artystów. Pole golfowe z swoją pozornie sztywną atmosferą niesie wprost nieograniczone możliwości niekonwencjonalnego działania, oczywiście pamiętając, że wielki brat z St. Andrews patrzy. Gdzie indziej można poczuć i zachowywać się jak figurka w grze planszowej, gdzie kostka decyduje o doborze kija. Albo przejść całe pole putterem – tzw. zaputteryzm. Gdzie ulegniemy „złudzeniu”, że da się tego dokonać jedynie kijami drewnianymi. Można zagrać pole w tył, lub z jednego tee wyznaczonego w geometrycznym środku małego pola. To tylko są sposoby związane z samą grą, a przecież są jeszcze typowe happeningi jak występy w stroju polarnego misia. A tak na poważnie to fascynujące jest obserwowanie w perspektywie czasu procesu zbliżania się do siebie środowisk golfistów i artystów, początkowo niechętnych sobie, pogrążonych w stereotypach, a następnie przełamujących nieufność i oferujących sobie to, czego im właśnie wzajemnie przeważnie najbardziej potrzeba.

Co było inspiracją do powstania obrazów retro golfowych?
Udział w turniejach retro i hickory. Poszukując wzorów garderoby, trafiałem na stare ryciny i zdjęcia, przedstawiające pionierów tej wspaniałej dyscypliny. Czytałem także fragmenty ich biografii, odkrywając wiele ciekawych faktów z ich życia, a dotyczących zarówno przebiegu kariery, jak i wydarzeń czysto osobistych: rodzinnych, zdrowotnych – nieraz tragicznych.   Ludzie ci stali mi się tym sposobem naturalnie bliscy emocjonalnie i tu już niewiele dzieliło mnie od namalowania pierwszego cyklu Golf Legends. Technika imitująca zniszczoną starą fotografię pozwoliła mi przekazać te odczucia na płótnie, bo jak wspomniałem maluję, to co kocham. Dawni golfiści jawią się, w przeciwieństwie do współczesnych herosów, jako zwykli ludzie, ale też ciekawe osobowości, co zwykli grywać nie dla pieniędzy, a z miłości do samej gry. Tak pięknie pokazał to film fabularny o Bobbym Jonesie. Śledząc jak ewoluował golf dzięki ich staraniom (np.: chwyt Vardona), dowiadujemy się jak wiele im zawdzięczamy, będąc jednocześnie pewni, że to ten sam sport.

Oglądając Pańską galerię ma się wrażenie, że mimo różnorodności tematyki najbliższa Panu jest temat architektury – chociażby niezwykle „portrety” katedr gotyckich. Dlaczego akurat tym budowlom poświęca Pan tyle uwagi?
W toku studiów w liceum plastycznym, a potem na akademii miałem okazję zapoznać się kompleksowo z zagadnieniami historii sztuki. Mam swoje ulubione okresy, style, czy wreszcie malarzy. Takim przykładem jest architektura gotycka, która urzeka mnie niepowtarzalnym formalnym pięknem wynikającym z czysto technicznego rozwiązania konstrukcji wysokich sklepień oraz symbolicznym przekazaniu w budowie katedry całego systemu średniowiecznego obrazu świata. Ponadto lubię architekturę – studiowałem architekturę wnętrz i choć bliższa jest mi natura artysty niż projektanta, głównie ze względu na sposób realizacji celu – to jednak pragnę chyba malarstwem wyrazić wobec architektury pewien rodzaj niespełnionej miłości.

Czy świetny warsztat klasyczny, jaki Pan odebrał najpierw w liceum plastycznym, a następnie na wrocławskim ASP jest niezbędny do tego by miksować techniki i tworzyć nowe?
Trudno dać jednoznaczną odpowiedź. Sztuka jest bowiem zjawiskiem trudno uchwytnym i mierzalnym – jednym warsztat przeszkadza, innym pomaga. W historii znamy przykłady artystów starannie wykształconych, jak i genialnych samouków. Każdy twórca musi odszukać własną drogę. Ja jestem zadowolony ponieważ nie czując specjalnych ograniczeń technicznych, mogę wykonać każdy rodzaj obrazu, jaki mi tylko przyjdzie do głowy, a także pomoże mi to na przykład – i tu zaskoczenie – w opanowaniu wizualnych i technicznych aspektów budowy swingu golfowego. Z drugiej strony szczególnie sztuka nowoczesna ucieka coraz bardziej od realistycznych przedstawień i tu pewne wyuczone zdolności techniczne mogą u niektórych twórców prowadzić do trudności z wyjściem poza ramy schematycznych rozwiązań i być przeszkodą w pełnym i spontanicznym uwolnieniu umysłu.

Czy idące za klasycznym malarstwem normy (takie jak w niektórych pracach martwej matury) nie przeszkadzały początkowo w poszukiwaniu swojego stylu?
Tego typu martwe natury wzorowane na mistrzach niderlandzkich z XVII wieku, powstały także jak w przypadku katedr gotyckich z uwielbienia do tego okresu w sztuce holenderskiej. W moim odczuciu nie mają nic wspólnego z poszukiwaniem własnego stylu ponieważ były chwilowym, jakby malarskim odpryskiem. Nie miały na celu stworzenia czegoś nowego, a li tylko rozwiązanie dla własnej satysfakcji, tak jak czynili to dawni mistrzowie trudnej sztuki ułożenia i kompozycji starych przedmiotów, ważnej w tym nurcie malarstwa.

Stworzenie „oryginalnej techniki własnej” – czy to ważna kwestia dla artysty? Czy liczy się tylko tworzenie sztuki niezależnie czyimi technikami?
Sam termin „oryginalna technika własna” i „poszukiwanie stylu”, będąc jak się wydaje pożądany przez większość artystów, a szczególnie odbiorców sztuki, mnie wydaje się nieodpowiedni. Nigdy nie chciałbym być określany jako artysta jednowymiarowy. Okrzepnięcie na stałe w jakiejś określonej stylistyce, nawet początkowo trafnej, prowadzić będzie nieuchronnie z czasem w kierunku maniery, a tym samym kiczu.

Artysta powinien mieć cały czas twórczy i jasny umysł, i starać się zawsze stworzyć nową wartość. Naturalnie krytycy sztuki oraz odbiorcy dostrzegą zapewne w całym ouvre pewne cechy wspólne i pozwalające odkryć drogę artystyczną danego malarza, nie powinno to być jednak według mnie dla niego celem samym w sobie.

Czy ma Pan sentyment do swoich prac? Któraś jest najważniejsza?
Mam sentyment do wielu prac. Trudno wymienić wszystkie i kiedyś prześladowało mnie nawet coś takiego jak niechęć artysty do rozstania się ze swoim obrazem. Mam to już za sobą i myślę teraz, że sensem dzieła sztuki jest rozstanie z twórcą i pójście w świat. Wydaje się, że sympatia do danych prac, przy całym dystansie do siebie, wiąże się nierozerwalnie z uczuciem towarzyszącym powstawaniu obrazu, czyli owym „flow”.  W moim odczuciu najlepiej wychodzą mi prace, gdy jeszcze przed ich powstaniem wiem z grubsza jak miałyby wyglądać i trzeba je tylko przemalować niejako „z głowy” na papier.
Jeśli chodzi o ulubione obrazy dotyczące golfa to cenię sobie obraz Tiger’s Win(a) – powstał w 2011 roku w okresie ujawnienia miłosnych przygód wspaniałego sportowca. Drugi to Green Stories – namalowany na podstawie fotografii zrobionej o poranku, gdy rosa ujawnia na greenie wszystkie uprzednie putty. I jeszcze jeden retro-golfowy przedstawiający swing Bobby Jonesa, który zmarł w roku moich urodzin, a jako że był amatorem to trochę chciałbym się z nim identyfikować.

Gdzie prezentowane były/będą Pana golfowe prace?
Było kilka poplenerowych wystaw zbiorowych w Binowo Park i hotelu Radisson w Szczecinie w latach 2007– 2011 i jedna w Toya Golf & Country Club Wrocław w zeszłym roku. Było też sporo wystaw indywidualnych dotyczących historii golfa, na przykład Golf Legends  w Binowie, dalej w Sobieniach, – Kraków Valley, Gradi GC. Moje stałe ekspozycje stałe znajdują się w budynkach klubowych w Binowie, Sobieniach i w Brzeźnie.

Strona artysty: Tomaszfronczek.com