Z wiatrem na polu – Mateusz Kusznierewicz golfistą

2 marca 2013

Poniżej zamieszczamy artykuł autorstwa Krzysztofa Rawy, opublikowany w „Magazynie Kusznierewicza”, o golfowej pasji żeglarskiego mistrza olimpijskiego.

Magazyn jest rocznikiem, który wydany został w nakładzie 30 tysięcy egzemplarzy, jest on dodatkiem do marcowego wydania “Żagli”. Będzie on także dystrybuowany przez cały rok w wielu prestiżowych miejscach i przy okazji wydarzeń, w których uczestniczyć będzie Mateusz Kusznierewicz.

Z wiatrem na polu
Postawmy sprawę jasno: Mateusz Kusznierewicz urodził się, by wbijać piłki do dołków. Względy obiektywne, czyli brak pól golfowych w Polsce w latach jego wczesnej młodości spowodowały, że nie mógł od razu przystąpić do gry w stosownym otoczeniu, ale przeznaczenie szybko upomniało się o swoje.

Był rok 1993, Irlandia Północna, okolice Belfastu, żeglarskie mistrzostwa świata. Dzień przerwy w regatach. Uczestnicy mistrzostw wybrali się do pobliskiej miejscowości Holywood, by odbić kilka piłek na pobliskim polu golfowym. Mateusz też pojechał, wziął kij w rękę i taka karma, że już za drugim razem trafił w piłkę. Wybrał 5-iron, osiągnął piękny dystans 150 m, lot piłki był prosty, jak naprężona wanta. Właśnie takie uderzenia budują nagły afekt do golfa, młody żeglarz poczuł, że w głębi duszy jest golfistą. Nie można wykluczyć, że ten ważny strzał oglądał z boku mały irlandzki chłopak z bujną ciemną czuprynką. Miał wtedy cztery lata i też się zachwycił. Pochodził właśnie z Holywood, 19 lat później został numerem jeden światowego golfa (i narzeczonym Karoliny Woźniackiej). Nazywał się Rory Mcllroy. Przecięcie się dróg tych sportowców nie mogło być przypadkiem.

Komu mało, dodajmy, że Tiger Woods i Mateusz Kusznierewicz to ten sam, doskonały golfowy rocznik. Ruszyła lawina. Mateusz odkrył, że golf, to nie jest rozrywka leniwych i zamożnych emerytów, że jego koledzy żeglarze mówią o wspaniałej pasji, że miliony ludzi na świecie są zaczarowane grą wymyśloną, zależnie od źródeł, kilkaset lat temu w Szkocji, może też we Francji, Holandii lub kilka tysięcy lat temu w Chinach. Gra pasterzy, gra władców, gra młodych i starych, małych i dużych, kobiet i mężczyzn, samotników i drużyn. Golf uwodzi, bo łączy wiele sprzeczności i daje każdemu szansę odkrycia swojej wersji rywalizacji. Odkrywanie golfa po polsku zaczęło się na początku XX wieku, na polach budowanych w Łańcucie, Warszawie, koło Gdańska, albo na Śląsku, były też plany budowy pól w Wilnie, Poznaniu i koło Lwowa. Wpływy brytyjskie w tej kwestii były nad Wisłą względnie małe, stąd pewne opóźnienie, ale książę Yorku, przyszły król Jerzy VI, w 1935 roku grał już z Karolem księciem Radziwiłłem i gdyby nie wojna, mielibyśmy znacznie więcej do opowiadania. Po wojnie polski golf odżył w latach 90., wraz z powstaniem pól w Rajszewie i Kołczewie oraz utworzeniem Polskiego Związku Golfa, który wkrótce będzie obchodził 20-lecie działalności.

Mateusz Kusznierewicz zarażony w Irlandii Północnej, mógł już spełniać się w ojczyźnie, choć ze względu na długoletnie olimpijskie obowiązki żeglarskie, łatwiej niekiedy mu było chwycić za kije i znaleźć czas na rundę gdzieś w Nowej Zelandii, Australii albo Hiszpanii. Ważne, że między regatami nie zaniedbał kształcenia golfowego.

Ważne, że znalazł we wbijaniu piłek do dołków to, co najważniejsze: radość ruchu w pięknym krajobrazie, rywalizację z samym sobą (najczęściej przegraną, bo golf uczy pokory), dążenie do doskonałości, precyzji i pełnej koncentracji na pozornie prostym zadaniu. Polubił także te aspekty golfa, które lubią wszyscy: opowieści o prawie trafionych dołkach za pierwszym strzałem, o przygodach z wiatrem, drzewami, piaskiem i wodą oraz spotykanie na polu naprawdę ciekawych ludzi. Jak każdy z nas, golfistów, świetnie wie, że o starym szkockim sporcie w Polsce mówi się i pisze za mało, by nie pokutowały mity, które każą się golfa obawiać, a przynajmniej nie próbować go poznać naprawdę.

Dlatego dziś pojawia się na horyzoncie Mateusz Kusznierewicz golfista, któremu ambicja i energia każą zrobić więcej, niż tylko trenować i grać w turniejach, których w Polsce jest już całkiem wiele. Chce i będzie wspierać inicjatywy PZG oraz stowarzyszenia zawodowców i nauczycieli golfa.

– PGA Polska, które odpowiadają za organizację najważniejszych turniejów, szkolenie i promocję dyscypliny. W praktyce robi to już od dawna, będąc jednym z najbardziej aktywnych uczestników wielu imprez promocyjnych, m.in. turniejów Diner’s Club Trophy i Mercedes Trophy oraz zawodów pod egidą PZG. Szczególnie będzie wspierał Lotos Polish Open – najważniejszy, najbardziej prestiżowy z polskich turniejów każdego sezonu. Pomysł na ciąg dalszy też ma. W 2013 roku przypomni, że golf wrócił niedawno na igrzyska i zorganizuje Olimpijski Turniej Golfowy. Zagra w nim z tymi olimpijczykami, którzy już coś wiedzą o wbijaniu piłek do dołków i tymi, którzy dopiero chcą się nauczyć. Na sierpień zaplanował oryginalne zawody Golf & Yachting, które w wyjątkowy sposób połączą obie dyscypliny, wbrew pozorom, bliskie sobie na wiele sposobów.

Do zrobienia jest niemało, ale skoro są w Polsce pola (kilkanaście pełnowymiarowych, 18-dołkowych i ponad drugie tyle mniejszych obiektów, na których można wszechstronnie ćwiczyć grę), są zdolni polscy juniorzy, którzy już wygrywają za oceanem z amerykańskimi rówieśnikami, to kadra na Rio 2016 ma z czego powstać. Skoro jest Mateusz Kusznierewicz, jak rzekliśmy, z przeznaczenia golfista, wszystko musi się udać.

Krzysztof Rawa
Publicysta i felietonista wielu czasopism. Miłośnik rozmów o życiu, wyjazdów na turniej wimbledoński oraz odkryć kulinarnych. Popiera każdą formę rekreacji, pod warunkiem, że jest to golf, tenis lub żeglarstwo.