Zbigniew Boniek: Golf jest najlepszy i tyle!

21 czerwca 2012

Zbigniew Boniek ocenia, że piłkarskie mistrzostwa Europy, mimo iż dopiero minęły półmetek, to najlepszy turniej ostatnich lat. A co jeden z najwybitniejszych polskich piłkarzy w historii sądzi o golfie? Uczestnik trzech turniejów finałowych mundialu (Argentyna 1978, Hiszpania 1982, Meksyk 1986) uważa, że to fantastyczny, w dodatku najbardziej sprawiedliwy sport świata i dlatego często znajduje czas na 18-dołkową rundę.

W mijającym tygodniu rozegrał taką m.in. z Michelem Platinim i Mariuszem Czerkawskim w podwarszawskim Rajszewie.

Anna Kalinowska: Jako ambasador UEFA EURO 2012 spotyka się pan z wieloma zagranicznymi osobistościami. Jakie są ich opinie o trwającym turnieju?
Zbigniew Boniek: Opinie są absolutnie pozytywne. Ja uważam, że to najlepsze mistrzostwa Europy ostatnich lat, szczególnie pod względem entuzjazmu ludzi i organizacji. Zagraniczni goście mówią, że zbudowaliśmy piękne stadiony, że wszystko jest dobrze oznakowane i naprawdę 99 procent osób pracujących przy Euro, szczególnie działaczy i dziennikarzy, jest zadowolonych. Mówią, że nie wyobrażali sobie tak Polski. Funkcjonował w ich głowach stereotyp postkomunistycznego kraju, który niby idzie do przodu, ale w rytmie żółwia. Zobaczyli, że to nie rytm żółwia a dobre tempo, w którym pod wieloma względami dogoniliśmy kraje zachodnie. Może kibice czasami pomarudzą, ale albo się widzi szklankę do połowy pustą albo pełną. Może i mieliśmy mieć trzy tysiące kilometrów autostrad, a mamy 1800 – tylko powstaje pytanie – cieszyć się z tych zrobionych czy marudzić, że coś nie powstało? Jak patrzę, że z Warszawy mogę dojechać do Berlina autostradą to jest euforia. Nie zapomnijmy, że kiedyś przed trasą Warszawa-Poznań człowiek się żegnał, bo nie wiedział, czy w ogóle po tych dróżkach dojedzie. Dziś wszystko inaczej wygląda.

Na słowo „driver” pierwsze, co panu przychodzi na myśl to…
Nie kij golfowy a osoba kierująca koniem w wyścigach kłusaków. To jest pasja od wielu lat. Konie są moim hobby od dziecka, golf zaczął się po zakończeniu kariery piłkarskiej.  Syn Tomasz grał w golfa, więc poszedłem kilka razy podpatrzeć, jak uderza. Spróbowałem. Wydawało mi się to łatwe. Ale tak nie jest.

Jednak gra szybko pana wciągnęła.
Bo to każdego wciągnie! Golf to fantastyczny, wymagający i techniczny sport, ale można powiedzieć, że najbardziej sprawiedliwy.

Każdego wciągnie? Polaków jakoś nie wciągnęło, tłumów na polach nie ma.
My jeszcze raczkujemy, u nas golf będzie za kilka lat i wtedy ludzie zaczną grać. Potrzebny jest między innymi dostęp do obiektów. W Rzymie, w promieniu 30 km od miejsca, w którym mieszkam mam 17 pól golfowych.  Tyle co pewnie w całej Polsce.

Golf w konfrontacji z wyścigami kłusaków brzmi statycznie…
Walczę z tymi, którzy mówią, że golf to dobry sposób na zdrowy spacer. Zdrowy spacer to sobie można zrobić w Łazienkach, bo na polu golfowym uprawia się sport, nie spacer!
Oczywiście golf jest bardziej statyczny od wyścigów konnych, tenisa czy futbolu. Ale jak zawodnik jest skoncentrowany przez cały turniej, ma do przejścia kilkanaście kilometrów, do zaliczenia 18 dołków to po rundzie jest bardziej zmęczony niż po meczu piłkarskim.  Czasami ktoś się śmieje, że golf to takie tam chodzenie. A to maszerowanie, koncentracja przez dobrych kilka godzin, przygotowanie do każdego uderzenia, samo uderzenie. To nie jest łatwe przez pięć godzin chodzić będąc non stop skoncentrowanym.

Gdyby musiał pan wybierać – golf czy konie?
Taki problem nie istnieje, dla każdej z mojej pasji znajdę odpowiedni czas. Jak jest go mało to tenis, jak mam pół dnia wolnego to runda golfa, a weekendy z końmi. Zresztą lubię w wolnym czasie coś robić, bo uważam, że wtedy człowiek lepiej się starzeje. Trzeba mieć hobby, a nie po pracy ślęczeć przed telewizorem. Ja lubię w wolnym czasie w golfa pograć, zagrać w tenisa.  Ale to wszystko jest hobby, bo serce zostało przy piłce. Moje życie kręci się wokół piłki, dzięki której tyle w życiu osiągnąłem, wciąż jestem zawodowo z futbolem związany.

Ile czasu znajduje pan na golfa?
Gram od 8-10 lat, jestem członkiem klubu Marco Simone, ale mając kartę handicapową gram w wielu rzymskich klubach. Zawsze w sobotę lub niedzielę  znajdę czas na rundę. Raz czy dwa razy w tygodniu idę na godzinę poćwiczyć uderzenia. Do tego raz w miesiącu mam lekcję ze znajomym instruktorem, bo teraz widzę, że bez pro nie idzie się do przodu. W golfie swing jest podstawą, bez dobrej techniki piłka się nie podniesie. Ja niestety byłem samoukiem, bo wydawało mi się, że większej filozofii w tym golfie nie ma. To błąd, bo jednak kto ćwiczył od początku z pro to ma od razu inny swing, inne możliwości, inne umiejętności.

To ile wynosi obecny handicap?
Mój hcp to 11,2.

W takim razie zapraszamy na golfowe mistrzostwa Polski.
Ja raczej rzadko startuję w turniejach. Za to jak już gram to często lepiej niż wskazywałby na to mój handicap, który wyśrubowany nie jest, ale pod koniec roku chciałbym by był singlowy. W zeszłym roku, będąc w USA, wystartowaliśmy z żoną w Handicapowych Mistrzostwach Świata Amatorów, plasując się dość wysoko w swoich grupach.

Co uważa pan za swój największy sukces golfowy?
Nic. Wygrałem w Rzymie zawody organizowane przez Mercedesa w swojej kategorii, w finale byłem siódmy. Ale żeby to od razu sukcesem nazywać…

Pański syn mógłby pewnie sukcesy w golfie odnosić.
Tomasz zaczął grać jak miał trzynaście lat, a w wieku osiemnastu jego handicap wynosił  1,2. Także traktuje golfa poważnie, choć nie myślał o zawodowstwie. Startuje w amatorskich turniejach, jeśli tylko czas pozwala, jednak zazwyczaj ze względu na obowiązki służbowe nie pozwala.  Jest absolwentem London Business School, pracuje w Deutsche Banku w Londynie, gdzie mieszka.

Przy okazji UEFA EURO 2012 miał pan okazję zagrać w Rajszewie z Michelem Platinimi. Często panowie spotykają się na polu golfowym?
Z prezydentem UEFA (9,2 hcp) umawiamy się na golfa raz na 2-3 miesiące, rozgrywamy rundę match play, której wynik kręci się koło remisu, gra rozstrzyga się zazwyczaj na 17. czy 18. dołku.  Zresztą nie wypada mówić o wynikach przyjacielskich meczów, ale dodam, że rywalizacja jest straszna.

Rywalizacja porównywalna do tej, jaka toczy się między Jerzym Dudkiem a Mariuszem Czerkawskim?
Miałem okazję w minionym tygodniu obserwować, jak obaj grali i widzę, że  wszystko na poważnie. Widać, że Dudek dużo trenuje i strasznie się przykłada, a jego swing bardzo estetycznie wygląda. Mariusz jest bardziej efektywny, idzie do przodu, Jurek chyba bardziej techniczny.

Jak zatem u pana z techniką gry?
Zwracam uwagę na to, czy dobrze wygląda. To jest estetyczny sport i jak ktoś ma singlowy handicap to technika nie może to źle wyglądać. Jak nieładnie wygląda to pachnie amatorką. Tego chcę uniknąć.

Za co lubi pan grę w golfa?
To jedyny sport, który daje mi oderwanie od zawodowych myśli. Od pierwszego do ostatniego dołka właściwie o niczym poza dobrym uderzeniem nie myślę. Co jest dziwne, bo w tenisie, gdzie tętno jest wyższe, uderzenie jedno za drugim to jednak przez głowę przelatuje mi „zaraz skończę mecz i muszę iść to czy tamto załatwić”. W golfa jak już gram to koncentruję się maksymalnie. Co tu gadać, golf jest w ogóle najlepszy.

Najlepszy w czym?
To najuczciwszy sport na świecie. W golfie nie ma sędziego, nikt nie może Ci przeszkodzić. Jesteś ty, piłka i dołek. Danego dnia masz takie same szanse jak wszyscy inni. Jak jesteś najlepszy to wygrasz. Tyle.

Bywają gracze, szczególnie początkujący, którzy tak chcą obniżyć handicap, że czasami zastosują tak zwany „foot wedge” i piłkę przesuną sobie o 10 cm bliżej dołka…
Mnie to bardziej śmieszy niż denerwuje. Świadczy to jedynie o zawodniku. To nieszkodliwe, bo w ten sposób do niczego się nie dojdzie, na zawodach będzie przecież marker. Na pewnych poziomie takie zachowania są niedopuszczalne, a jak ktoś traktuje sport poważnie to nawet mu przez myśl nie przejdzie, aby oszukiwać.

Na urlop wybiera pan miejsca z golfem w tle?
Lubię pojeździć po dobrych polach, grałem na kilku ważnych, na przykład Pebble Beach. Cieszę się, że żona gra, bo czas spędzony we dwójkę na polu jest bardzo przyjemny. Planując wakacje zawsze wybieramy miejsce dobre do odpoczynku, ale przede wszystkim z polem golfowym w okolicy. To jest nieodłączny element każdego wyjazdu, czasem nawet wybieramy hotele położone przy samym polu.

Wielkim zamiłowaniem obdarza pan konie. Ma pan swoją stajnię kłusaków?
Od 20 lat mam kilka koni, wszystkie to kłusaki startujące w gonitwach. Sam licencję uprawniającą do startów zrobiłem jakieś osiem lat temu, więc czasami zasiadam w sulki (dwukołowy wózek ciągnięty przez konia – przyp.red.), bo przy okazji poważnych zawodów zazwyczaj jeden wyścig jest dla amatorów.  To jest przyjemność, ale też dobra adrenalina. Kierowanie koniem nie jest łatwe – trzeba mieć zarówno silne, jak i delikatne ręce. Kłusaki zaprzężone w sulki przypominają mi to lekkoatletykę, bo to jest jak wyścig na bieżni, podczas którego ważna jest szybkość i strategia.

Jest pan znawcą koni?
Jestem znawcą kłusaków, czyli typu koni kilku ras specjalizujących się w wyścigach specjalnych dwukołowych wózków zwanych sulkami, w których konie poruszają się wyłącznie szybkim kłusem. Śledzę, co się na tym rynku dzieje, obserwuję linii genealogiczne kłusaków i sam wybieram konie, które kupuję. Najpierw rozpatruję linię hodowlaną, sprawdzam czy matka i ojciec źrebaka są dobrzy. Wybieram około 15-20 potencjalnych nabytków, potem jadę po centrach hodowlanych i sprawdzam, czy to co mi się podoba na papierze takie jest w rzeczywistości, czyli jak ten koń jest zbudowany, czy jest zdrowy.
Lubię w weekendy przyjść do swoich koni z marchewką czy cukierkiem miętowym, czy zabrać je na trening. Bo z końmi trzeba umieć obcować, odpowiednio do nich podejść, znać ich język ciała.

Fot. Anna Kalinowska/Polski Związek Golfa