Golf made in China – wywiad z ambasadorem Chomickim

6 czerwca 2012

Rozwój golfa w Chinach wydaje się imponujący – w ciągu 20 lat powstało ponad 600 pól, wydawane są 24 gazety golfowe, rocznie notuje się 20-procentowy przyrost golfistów. Czy w skali kraju, w którym mieszka jedna piąta ludności świata to dużo? O to, jak ocenić ten progres i co jest jego motorem pytamy ambasadora Polski w Pekinie Tadeusza Chomickiego.

Anna M. Kalinowska: Czy Chińczycy interesują się przygotowaniami Londynu do olimpiady, której byli gospodarzami cztery lata temu?
Tadeusz Chomicki: Coraz bardziej i na pewno będą się przyglądać, na ile igrzyska nad Tamizą staną się podobnym wydarzeniem. Ale nie będą to imprezy porównywalne, bowiem Londyn nie zabiega o to, by stać się prestiżowym miejscem na mapie świata, bo już takim jest i nie musi przy pomocy olimpiady budować swojego wizerunku. Inne cele przyświecają Brytyjczykom, niż przyświecały Chińczykom. Myślę, że w sensie rozmachu w najbliższych latach nikt nie będzie w stanie powtórzyć tego, co zrobili Chińczycy. Podobnie jak kolejny organizator EXPO nie przebije Szanghaju.

Co dała temu krajowi organizacja igrzysk?
Dla Chin były one wydarzeniem o charakterze nie tylko sportowym, ale przede wszystkim polityczno-propagandowym. Najważniejszy był wymiar wizerunkowy i wraz ze wsparciem społeczeństwa olimpiada miała wydobyć państwo z pewnej izolacji, zmienić jego obraz w oczach świata. Marzeniem Chińczyków było jak najlepsze pokazanie się w tej imprezie. Pod każdym względem przyniosła ona krajowi sławę oraz wielki prestiż i w tym sensie była wielkim zyskiem.

Chiny dołożyły ogromnych starań, aby zrealizować projekt, jakiego ludzkość wcześniej nie widziała. Nikt nie przebudowywał wielomilionowego miasta w tak imponujący sposób. Spektakularna była skala wydarzenia i sposób przeprowadzenia igrzysk, co pokazało siłę i potęgę Państwa Środka, było zaprezentowaniem jego rozwoju gospodarczego i nowoczesności. Pomijam aspekt sportowy, w którym Chiny znokautowały rywali liczbą zdobytych medali. Trwałym i bardzo pozytywnym dorobkiem igrzysk jest przebudowa infrastruktury – rozbudowa autostrad, udrożnienie miasta, rozwój komunikacji.

Z podobnym rozmachem rozwija się w Państwie Środka golf…
W Chinach nie ma takiego kultu golfa, jaki obserwowałem w Japonii czy Korei, ale kultura i prestiżowość tego sportu powoduje, że wielu chińskich biznesmenów chce tę dyscyplinę uprawiać. Jest na to pewien snobizm, co wraz z faktem, że to ponownie sport olimpijski nakręca dynamikę rozwoju. Od momentu ogłoszenia, że golf będzie w programie igrzysk w Rio de Janeiro chińskie władze patrzą na niego przychylniejszym okiem. Dostrzeżono potencjał tej dyscypliny, licząc pewnie na to że do 2016 r. uda się wychować medalistę olimpijskiego.

W czym najbardziej objawia się ten rozwój golfa?
Powstało prawie 700 pól w ciągu 20 lat, wydawane są 24 gazety golfowe i emitowany 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu kanał poświęcony tylko tej dyscyplinie. Uniwersytet w Shenzhen wprowadził studia na kierunku zarządzanie golfem, jego śladem poszedł Hunan International Economics University. Odwołując się do jednego z chińskich dzienników liczba pól golfowych potroiła się od 2004 roku, co spowodowało, że… rząd zablokował budowę nowych obiektów.

Dlaczego?
Zakaz budowy nowych pól spowodowany jest tym, że pochłaniają one areały ziemi, która mogłaby zostać wykorzystana pod uprawę roli. Drugim ważnym powodem jest fakt, że w kraju borykającym się z deficytem wody pola golfowe zużywają jej znaczne ilości – rocznie na metr kwadratowy pola potrzeba pół tony. Zakaz jest jednak obchodzony, bo zamiast „golf course” budowane są jako „country club” lub jako tereny rekreacyjne nowopowstających osiedli. Myślę, że rozwoju golfa w Chinach nikt nie powstrzyma i dynamika rozwoju zostanie utrzymana.

Naukowcy z Beijing Forestry University szacują, że  chińskie kluby golfowe zrzeszają 600 tysięcy członków, a liczba ta będzie rosnąć o ok. 20 proc. rocznie. Jednak odnosząc te dane do liczby ludności, która wynosi 1.34 mld to golfa uprawia promil, podczas gdy przykładowo w Stanach 10 procent populacji. Podobnie, jeśli do liczby ludności odniesiemy liczbę pól – wtedy te dane już nie imponują, tak jak chociażby statystyki z Nowej Zelandii, gdzie na 4 mln mieszkańców przypada 450 pól golfowych. Na Antypodach czy w Kanadzie golf to gra ogólnodostępna i niedroga.

A w Chinach to drogi sport?
To drogi sport, nie dla mas. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że liczba osób bogatych w tym państwie jest wysoka, a milionerów przybywa i to oni są motorem rozwoju golfa. Chiny są drugim na świecie rynkiem towarów luksusowych, na które jest duży popyt, bowiem tutejsi nuworysze, wzorem amerykańskich chętnie nabywają atrybuty bogactwa – dom, dobry samochód, a jeśli chodzi o sposób spędzania wolnego czasu to taka oznaką luksusu staje się golf.

Ile zatem kosztuje członkostwo i 18-dołkowa runda?
Wokół Pekinu jest około 65 pól. Średnia cena za rundę, w przeliczeniu na złotówki wynosi 300-400 zł, jednak większość obiektów zezwala na grę jedynie swoim członkom, bądź osobom przez nich zaproszonym. Członkostwo waha się od 50 tys. zł do miliona. Choć są tak luksusowe kluby, jak Bayhood No 9 Golf Club, w którym początkowo opłata członkowska wynosiła  1.08 miliona juanów, a obecnie jedynie zaproszone osoby mogą zostać członkami.

Niedawno chiński miesięcznik “Golf & Travel” przeprowadził z Panem wywiad o polskich polach. Czy dla Chińczyków nasz kraj może być atrakcyjnym, pod względem golfowym, miejscem?
Jako ambasada szukamy różnych form promocji Polski zagranicą. Być może turystyka golfowa nad Wisłą byłaby atrakcyjna, jednak na razie wizytę na polu golfowym postrzegałbym jako dodatek do zwiedzania, a nie cel sam w sobie.

Obecnie chińskie firmy i chińscy inwestorzy rozważają włączenie się w projekt budowy kolejnego 18-dołkowego pola blisko Warszawy, nastawionego właśnie na Chińczyków. W skład projektu ma wejść, poza XVII-wiecznym pałacem, pole golfowe, 5-gwiazdkowy hotel ze SPA oraz osiedle domów. Takie miejsce może stać się atrakcyjne dla chińskich biznesmenów, gdy będą chcieli  przyjeżdżać do Polski na rozmowy i negocjacje. Mam tylko nadzieję, że uruchomione przez LOT bezpośrednie połączenie Warszawy z Pekinem znajdzie stałe miejsce w siatce rejsów lotniczych…

Jaka są Pana najciekawsze doświadczenia z chińskimi polami golfowymi?
Niebywałym miejscem, na jakim miałem okazję zagrać był największy kompleks golfowy świata  Mission Hills, na który składa się dwanaście 18-dołkowych pól, projektowanych m.in. przez Ernie Elsa i Grega Normana. Istna fabryka golfa.

Z punktu widzenia mojej pracy ważne są ekskluzywne kluby, w których bywają dyplomaci i biznesmeni. Jednym z nich jest położony na północ od Pekinu Pine Valley. Podobno 47 procent osób z listy 500 najbogatszych Chińczyków jest członkami właśnie tego klubu. Jego właściciel jest piąty na tej liście, a wiele zarobił m.in. na dystrybucji napoju Red Bull. Jako miłośnik muzyki klasycznej posiada również prywatny teatr, w którym organizowaliśmy galę Chopina.  Także miałem okazję go poznać i kilkukrotnie grać na jego polu, które projektował Jack Nicklaus. Któregoś razu, wracając z rundy spotkałem właśnie tego wybitnego Amerykanina i poprosiłem, by podpisał mi czapeczkę. W trakcie rozmowy nie wspominał jeszcze o projekcie budowy pola w Polsce, na razie zadeklarował pomoc w zaaranżowaniu putting green, na terenie należącym do naszej ambasady.

Zarówno Pan, jak również pracownik Wydziału Promocji Handlu i Inwestycji Marcin Studenny to zapaleni golfiści. Skąd ta pasja?
Przyznam, że sekretarz Studenny gra bardzo dobrze, zdecydowanie lepiej ode mnie. W moim wydaniu golf to raczej biznesowy sport, bowiem zetknąłem się z nim ze względów zawodowych, a nie czysto sportowych. W 2001 roku jako ambasador wyjechałem do Korei Południowej. Tam bardzo częstym miejscem kurtuazyjnych spotkań dyplomatów i biznesmenów jest pole golfowe. Uznałem, że pora się nauczyć tej gry, tym bardziej, że dostawałem zaproszenia od przedstawicieli administracji i biznesu – nie wypadało z nich nie korzystać. Odniosłem też sukces. Na jednym z najtrudniejszych pól w Korei wygrałem turniej w kategorii debiutantów. Po powrocie do domu miałem potworne bóle w klatce piersiowej. Okazało się, że z taką siłą waliłem kijem, uderzając nim momentami w twardą ziemię, że naderwałem ścięgna i przyczepy mięśni w klatce.

Golf dał mi dużo jeśli chodzi o pracę w Korei, bo tam jest to sport bardzo ważny. Dzięki grze poznałem wielu ważnych polityków i biznesmenów, a znajomości z pola golfowego procentowały nawet lata po wyjechaniu z tego kraju.

Po powrocie do Polski wykupiłem członkostwo w First Warsaw Golf & Country Club. Chciałem powołać coś w rodzaju koła golfowego przy Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Nie weszło to w życie, bowiem wyjechałem do Chin, a w tym czasie zmarł koreański menadżer pola w Rajszewie, które to miało nam pomóc w organizacji przedsięwzięcia. W Chinach ponownie z przyczyn biznesowych zacząłem grać, jednak na urlop wybieram inne dyscypliny.

 Jakie zatem sporty Pan preferuje?
Najbardziej lubię nurkować i jeździć na nartach. W Nowej Zelandii skakałem na bungee. Uwielbiam heliskiing i miałem okazję uprawiać go w Kanadzie. To poczucie, jak się śmigłowcem wylatuje na szczyty powyżej chmur i wyskakuje, by zanurzyć się w dziewiczym puchu. Tego nie da się z niczym porównać…

Po tak stresującej pracy w czasie wolnym wybiera Pan dyscypliny, podczas uprawiania których stres jest nieodłącznym elementem.
Lubię przezwyciężać strach, a odczuwam go najbardziej nurkując w jaskiniach. Miałem taką okazję w Meksyku, zanurzając się w cenotes – jeziorach o regularnie okrągłym kształcie, występujących na Półwyspie Jukatan. Nurkuję również z rekinami, bo to fascynujące zwierzęta. Podziwiałem je w ich naturalnym środowisku w RPA, na Malediwach, wyspach Pacyfiku, czy na Karaibach. 85 procent tych drapieżników jest dla człowieka niegroźnych. Trzeba wiedzieć jak się zachowywać w obliczu bezpośredniego kontaktu. Myślę, że taka pasja nie jest bardziej niebezpieczna niż jeżdżenie samochodem na polskich drogach.

Kiedy ostatnio grał Pan w golfa?
Będąc w kwietniu w Polsce przy okazji pobytu premiera Chin zagrałem w Rajszewie rundę z ambasadorem Chin w Warszawie Sunem Yuxi. Ale tak naprawdę ta runda posłużyła omówieniu szczegółów wizyty.

To ile wynosi Pana handicap?
W najlepszych czasach wynosił 27. Ale dziś wolałbym nie mówić, to drażliwa sprawa. Gdy w prowadzonej najczęściej po angielsku rozmowie pada to pytanie, staram się wykorzystać specyficzną grę słów i odpowiadam: „What is my handicap? I am not sure – I have not seen my doctor recently – but at my age I believe I have many handicaps”.