Ziółkowski: na rzutnię idę z kijami golfowymi

21 marca 2012

Na trening rzutu młotem zdarza mu się przyjść z… kijami golfowymi. Podczas zagranicznych zgrupowań denerwuje się, że nie może zrelaksować się na polu. Choć handicap mistrza olimpijskiego w rzucie młotem wynosi wciąż 34 to gdy tylko weźmie siódemkę iron do ręki spokojnie posyła piłkę na 170 metrów!

O tym, czy golf jest lepszy od lekkiej atletyki z Szymonem Ziółkowskim rozmawiają Anna Kalinowska i Tomasz Zembrowski.

Zmieniłeś trenera i od końca lutego jesteś podopiecznym Grzegorza Nowaka. Jak ta zmiana wpłynie na przygotowania do londyńskich igrzysk?
Mógłbym stwierdzić, że to już rutyna, bo przed olimpiadą w Atenach pożegnałem się ze Czesławem Cybulskim, przed igrzyskami w Pekinie z Piotrem Zajcewem, a przed Londynem z Krzysztofem Kaliszewskim.
Mam zarys przygotowań, ale szczegóły będę już ustalał z nowym trenerem. Mimo mojego doświadczenia i stażu w rzucie młotem ufam szkoleniowcom i zdaję się na ich plany, jednak starych drzew się nie przesadza, więc nowych rzeczy robić nie będę.
Na razie wszystko idzie w dobrym kierunku. Jestem w miarę zdrowy – o ile 36-letni sportowiec może być zdrowy. Na szczęście nic mnie nie boli tak bardzo, aby uniemożliwić mi przygotowania. Podczas minionego zgrupowania w Afryce przez pięć dni pobolewały mnie plecy, ale to kontuzja wpisana w konkurencje rzutowe. Zresztą od przeszło 16 lat nie przypominam sobie sezonu, w którym nic totalnie by mnie nie bolało. Wychodzę z założenia, że jak wstajesz rano i nic cię nie boli to sprawdź, czy żyjesz.

Czy igrzyska w Londynie będą Twoimi ostatnimi?
Nie wiem. Lubię to, co robię i chciałbym w sporcie wciąż istnieć. Na pewno będzie to dla mnie ostatnia olimpiada w takim systemie przygotowań, jak dotychczas. Znaczy systemie życia na walizkach i spędzania 300 dni w roku poza domem. Jeśli miałbym po Londynie myśleć o starcie w Rio to tylko trenując w Polsce. Uważam, że przy dużej determinacji zawodnika i trenera przygotowanie będzie możliwe również stacjonarnie. Jestem zmęczony wyjazdami – to mój 23 rok międzynarodowych startów.

No to zburzyłeś moją koncepcję wywiadu, bo już chciałam nadać rozmowie tytuł  – igrzyska w Londynie, a potem golf…
Na pewno Mateusz Kusznierewicz składał takie deklaracje. Ja na razie nie myślę o zakończeniu kariery, a golf obecny jest w moim życiu niezależnie od lekkiej atletyki.

A gdybyś na olimpiadzie w Rio wystartował, ale… w golfie. Zdobyć medale olimpijskie w dwóch różnych konkurencjach – to byłoby coś….
Myślę, że Rosjanin Jewgienij Kafielnikow bądź Kusznierewicz mogliby zabrać mi tę szansę. Zresztą mój handicap na razie imponujący nie jest  – wynosi 34. Odkąd zrobiłem Zieloną Kartę pod okiem Przemka Kłosa czasu na golfa mam bardzo mało. Nie mam kiedy wybrać się na pole czy driving, ale jadąc na obóz do Spały lub Cetniewa zabieram ze sobą kije, kilkanaście piłek i wykonuję uderzenia na rzutni.

Brzmi dziwnie – przychodzi miotacz na rzutnię i… gra w golfa???
Mam taką wkładkę do koła i wykorzystuję ją właśnie do golfa – ustawiam i próbuję w nią trafić. Kupiłem niedawno 300 piłek z odzysku, driver na rzutnię i między treningami uderzam, czasem po prostu w las. Jak się chce grać to nie ma co czekać na luksusowe warunki, bo zawsze można znaleźć te 70-90 metrów do treningu uderzeń.

A pozostali lekkoatleci nie patrzą na Ciebie jak na wariata?
Już wiedzą, że golf to fajna zabawa i nawet ich namówiłem, abyśmy sobie konkursy golfowe porobili. Najczęściej Anita Włodarczyk ze mną rywalizuje. Inni miotacze zazwyczaj sami garną się spróbować. Wydaje im się, że jak przywalą tym kijem w małą piłeczkę to poooleci, że hej. Tymczasem najczęściej w pierwszych próbach trafienia w piłkę wyrywają jedynie kępy trawy, a mała biała piłeczka stoi dalej, jak stała.

Czy Tobie też się kiedyś wydawało, że golf to nudny i prosty sport?
Nigdy mi nie przeszło przez myśl, że jest prosty. Wiedziałem, że skoro ludzie płacą za niego tyle pieniędzy to nie może być taki zwykły. Podobnie myślę o snookerze, bo jestem jednym z niewielu facetów, którzy lubią oglądać ten sport w telewizji. Piłki nożnej nie trawię, meczów nie oglądam, ale snookera chętnie. Jak pierwszy raz zobaczyłem te małe bile na wielkim stole to pomyślałem „no niemożliwe, co oni wyczyniają”. I podobnie było z golfem.

I za pierwszym razem co „nawyczyniałeś” na polu?
Moje przypuszczenia o tym, że golf łatwy nie jest potwierdziły się błyskawicznie. Po debiutanckich zajęciach potwornie bolały mnie dłonie, tak mocno ściskałem kij. A spocony byłem, jakbym wyszedł z siłowni.

Skąd w ogóle golf w Twoim życiu?
W 2001 roku dyskutowałem z moim przyjacielem Adasiem, w czym moglibyśmy razem jeszcze sportowo realizować. Adam nic nie uprawiał i szukał dyscypliny niewymagającej nadludzkiego wysiłku. Doszliśmy do wniosku, że dobrym wyborem będzie golf, tym bardziej że jakoś wtedy otwierał się pierwszy w Poznaniu driving range. W planach miałem start w Australii, w Igrzyskach Dobrej Woli i pomyślałem, że dobrze się składa, bo tam golf jest popularny to kupię taniej kije. Jak pomyślałem tak zrobiłem i nie mając pojęcia o doborze sprzętu nabyłem w Brisbane dwa komplety – jeden na stalowych shaftach dla siebie i na grafitowych dla drobniejszego ode mnie Adama.

I mogłeś zaczynać golfową przygodę…
Nie tak od razu, bo po drodze był start w Japonii. Tam zakwaterowani byliśmy w Nihon Aerobics Center w Chibie, pod Tokio. W ośrodku były dwa pola golfowe, więc już zacierałem ręce, ale pech chciał, że przez dwa tygodnie, które tam spędziliśmy, lało. Tajfun wieje, deszcz zacina, dokoła ciemny las bambusowy i tylko zastanawialiśmy się, kiedy przyjdzie gość z hakiem. Czułem się jak w scenie z „Koszmaru minionego lata”. Ale skończyło się raczej komediowo. Bojąc się, że kije złamią się w samolocie (torby nie kupiłem) wziąłem z hotelu plastikowy kosz na śmieci i tak go powycinałem, i powyginałem, że robił niemalże za profesjonalną torbę golfową.

Kije w całości dotarły do Poznania, więc mogłeś zacząć grać.
Po powrocie z Australii chodziłem z Adamem na driving, zrobiliśmy Zieloną Kartę i nawet braliśmy udział w małych turniejach. Ponieważ klasyfikacja była również netto to laliśmy wszystkich jak leci i bardzo nam się podobało. Pierwsze treningi napawały optymizmem, a redaktor Person ocenił, że mam duże szanse poprawić rekord świata w zawodach longest drive.

W 2005 roku Andrzej Person wspominał nawet o Twoim występie w mistrzostwach Polski longest drive. Rzeczywiście w nich wystartowałeś?
Tak, ale na tych zawodach szału nie było. Jednak jak gram na treningach to zwykłym, nie żadnym przedłużanym driverem i drivingowymi piłkami uderzam na jakieś 340 metrów.
Swing golfowy zbliżony jest motorycznie do rzutu młotem, dlatego młociarze są dobrzy w longest drive. Bo w golfie liczy się szybkość, nie siła. Podobnie jak w młocie, który waży jedynie 7 kg, więc odległość, na jaką go poślesz zależy od wygenerowania jak największej szybkości. Prędkość, precyzja i powtarzalność – to samo co w golfie.

Czy jest jeszcze jakiś pomost pomiędzy lekką a golfem? Czy są cechy, dzięki którym jesteś dobrym lekkoatletą, a także golfistą?
Obie dyscypliny wiele łączy. Podobnie jak sport pomaga odnaleźć się w biznesie, tak reguły rządzące sportem są wszędzie takie same. Szczególnie jeśli mowa o kwestiach psychicznych. Ja muszę potrafić skoncentrować się na tym, co mam do zrobienia na stadionie, na trybunach którego zasiada 10 tysięcy ludzi. Taka umiejętność koncentracji pomaga mi na polu golfowym, gdzie zazwyczaj niewiele osób przygląda się twojej grze…

W czym golf jest lepszy od lekkoatletyki?
W kasie (śmiech).

To ile zarabiają najlepsi młociarze świata?
Mojej konkurencji nie ma w Diamentowej Lidze, rozgrywany jest oddzielny challenge dla rzutów. Wygrywając go możesz zarobić dwa tysiące dolarów.

No to w golfie podobnie…. było w latach 60-tych.
W 2004 roku będąc z Wojtkiem Kondratowiczem na zawodach w Mediolanie, oglądaliśmy Sky Sport. W oczy rzuciła się lista płac za turnieje PGA. Może to były sumy za Masters, w każdym razie patrzymy, a tam za jakieś 40 czy 50 miejsce 50 tysięcy dolarów! A zostajesz mistrzem świata w lekkiej atletyce i dostajesz 60 tysięcy zielonych.

Ale są kontrakty sponsorskie…
Może i są, ale w innych konkurencjach. Bo sytuacja wygląda tak: są różne konkurencje lekkoatletyczne, potem długo długo nic, dalej rzut młotem i na szarym końcu chód sportowy. Więc nasze zarobki czy nawet postrzeganie naszej konkurencji na mityngach są diametralnie różne od tego, co mają sprinterzy bijący rekordy na setkę.

Trzeba jednak zdać sobie sprawę, że w golfie owszem – są wielkie pieniądze, ale dla 200 najlepszych na świecie. Reszta golfistów balansuje na granicy wypłacalności. Zresztą do zarobków, które publikuje np. Forbes wliczają się miliony za projektowanie i budowę pól golfowych, a nie za same starty. Poza Tigerem i Mickelsonem, którzy zarabiają gigantyczne pieniądze, jest kilkunastu golfistów podpisujących kontrakty na 5-10 mln. U reszty nie jest już tak kolorowo.
Racja. Jednak wolałbym, aby mój syn uprawiał golf a nie lekką. Nie chciałbym, żeby Adaś poszedł w moje ślady i trenował rzut młotem. Choć na razie jego to bardzo kręci i swoim 2-kilogramowym młotem stara się rzucać jak najdalej. Młot to trudny kawałek chleba, a po co synowie mieliby być przez całą karierę sportową porównywani do ojca. Także wolę, gdy Adaś bierze swój mały zestaw golfowy i nim się bawi…

A gdybyś mógł cofnąć czas to wybrałbyś golf zamiast rzutu młotem?
Nie chciałbym wracać do tamtych lat. To, co było minęło, jedźmy dalej. Jestem zadowolony z życia, bo jako sportowiec osiągnąłem kilka znaczących wyników i sądzę, że w golfie byłoby trudno coś podobnego osiągnąć. To w końcu bardzo trudny sport, a w latach kiedy zaczynałem karierę w Polsce golf był zupełnie nieznany.

Czy podczas wyjazdów zagranicznych udaje Ci się znaleźć chwilę na golfa?
Niestety nie. Szczerze mówiąc to czasem szlag mnie trafia, bo mieszkamy gdzieś blisko pola, a ja nie mogę iść zagrać. Ostatnio w RPA miałem takie chwile – jest styczeń; wiem że w Polsce leży śnieg i nici byłyby z gry, a tutaj rozpościera się przede mną piękne i zadbane pole, a ja nawet kijów nie mam.  Nie biorę ich, bo już sobie wyobrażam minę naszego dyrektora sportowego, który zamiast na rzutni zobaczyłby mnie na polu golfowym. Nawet jako forma relaksu między treningami golf w sezonie lekkoatletycznym nie wchodzi w grę.

Jakie masz najciekawsze wspomnienia związane z golfem?
Wielkie wrażenie zrobiło na mnie centrum fittingowe Mizuno w Tokio. Miałem kiedyś kontrakt z tą firmą i stąd okazja zobaczenia tego miejsca. Ale bardziej niezwykłą przygodę miałem w Spale. Jakoś między 2004 a 2008 r. będąc na zgrupowaniu w ośrodku COS widziałem… Padraiga Harringtona! Przyjechał do Spały, bo nasz ośrodek cieszy się w Szkocji i Irlandii popularnością, szczególnie wśród rugbystów. Do dyspozycji jest stadion, hala, siłownia, basen oraz bardzo dobre centrum rehabilitacyjne. Harrington przyjechał właśnie skorzystać z kriokomory, a będąc w Spale testował również kije. Miał cały stos driverów i walił w zwykły materac do skoku wzwyż, a nas-widzów najbardziej radowało, gdy uderzał z rozbiegu. Wyglądało to niesamowicie – takie patataj, patataj i jeb w piłeczkę! Niebanalna technika.

A jeśli chodzi o Twoją grę?
To szczególnie zapamiętałem moment, gdy Andrzej Person zabrał mnie na Amber Baltic, bo akurat byłem na mityngu w Międzyzdrojach. Wspominam to o tyle, że syn Andrzeja wrócił ze Stanów i koniecznie chcieliśmy razem zagrać, choć wiadomo było, że Jacek jest o niebo ode mnie lepszy. Z drivingu poszliśmy na dwa ostatnie dołki – osiemnastkę zagrałem jako tako, ale na siedemnastce ja miałem -1, a młody Person par. I to grałem jego kijami! Totalny przypadek, ale niezwykle miły.

Twój przeciętny strzał siódemką iron…
To na spokojnie 150-170 metrów. Za to krótka gra jest dla mnie ciężka, bo przecież nie mam czasu trenować.

A cierpliwość do puttowania masz? Czy górę biorą emocje, do których przywykłeś na olimpijskich arenach?
Mam duże pokłady cierpliwości. W końcu, aby wytrzymać ze sobą muszę być naprawdę cierpliwy, bo bywam nieźle wkurzający. Dlatego nie rzucam na polu kijami. W golfie w ogóle ma się dużo więcej kontroli nad ciałem. Rzut młotem, czyli cztery obroty w kole i wyrzut trwa jakieś trzy sekundy. Z tego ja widzę, co się dookoła mnie dzieje tylko w pierwszym obrocie. Potem wszystko dzieje się za szybko. Nawet jak wyrzucam młot, wykonuję jeszcze jakieś pół obrotu, żeby się zatrzymać i po chwili dopiero wiem, co się z tym młotem stało, dokąd poleciał. Oczywiście czuję wcześniej, czy poleciał w siatę czy nie, ale niejednokrotnie o tym jak daleko poleciał orientuję się dopiero, jak się zatrzymam.

W golfie też nie powinieneś podczas uderzenia widzieć, dokąd piłka leci…
To prawda, ale dużo więcej czujesz. Swing jest łatwiejszy do skoordynowania, dużo mniej rzeczy się dzieje. Wiem, żeby nie patrzeć za piłką i staram się tego nie robić.

Czego brakuje w polskim golfie?
Ciągle ludzie myślą, że niewiadomo jak to drogie, a golf jest tańszy niż tenis. Brakuje dostępności do infrastruktury, dlatego wciąż pokutuje mit elitarności. Mało jest drivingów, na które w ciągu dnia można wyskoczyć i pouderzać. Jak się wyjeżdża na przykład do Azji to w miastach widać mnóstwo siatek ograniczających strzelnice. Więc myślę, że powinniśmy inwestować w drivingi, bo pola nie dość, że droższe w budowie to by zagrać rundę potrzeba dużo czasu.

Jest taka koncepcja, aby budować 6-dołkowe pola, na które możesz wyskoczyć, zagrać szybką rundę i wrócić do pracy.
Niegłupi pomysł. Dużo mniejsza i tańsza inwestycja, a w Polsce pewnie budowa 18 dołków się nie zwraca. Sześciu już mogłaby. Na szczęście golf staje się coraz bardziej dostępny i tańszy. W ogóle sport zaczął się u nas rozwijać, a moda z zachodu spowodowała, że coraz więcej ludzi biega, chodzi na siłownię. Dociera do nas myślenie, że twój wygląd świadczy o twojej firmie. Że jak biznesmen potrafi zadbać o siebie to zadba również o firmę i że czasami lepiej z kontrahentem spotkać się na korcie czy na polu golfowym zamiast w biurze. Golf będzie się rozwijał. Jestem dobrej myśli.

My również. Dziękujemy za rozmowę.


Szymon Ziółkowski (ur. 1 lipca 1976 w Poznaniu) – młociarz, jeden z najbardziej utytułowanych polskich lekkoatletów. Bił rekordy Polski juniorów, zdobył tytuły mistrza świata i Europy w tej kategorii. W 2000 r. w Igrzyskach Olimpijskich w Sydney zdobył złoto. Startował również w olimpiadzie w Atlancie (1996), Atenach (2004) i Pekinie (2008). Zdobywca trzech medali mistrzostw świata – złotego w Edmonton (2001), srebrnego w Berlinie (2009) i brązu w Helsinkach (2005). Dokonał rzadkiej sztuki zwyciężając pięciokrotnie z rzędu (2004-2008) w superlidze Pucharu Europy. Sześciokrotny rekordzista Polski i 13-krotny mistrz Polski seniorów. W 2001 r. zajął 8. miejsce w plebiscycie EAA na najlepszego lekkoatletę Europy. W plebiscycie Przeglądu Sportowego dwukrotnie plasował się na trzeciej pozycji (2000, 2001). W 2001 i 2005 r. zdobył Złote Kolce – nagrodę dla najlepszego polskiego lekkoatlety sezonu. Gigant roku 2001 według poznańskiego oddziału Gazety Wyborczej. Został odznaczony Krzyżem Kawalerskim (2000) oraz Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.
Prywatnie ojciec dwóch synów – 9-letniego Adasia i 5-letniego Dawida, pasjonat golfa.