Tomasz Iwan: Spać nie mogę, bo czytam o golfie

18 stycznia 2012

O golfowej pasji, która wciągnęła go na całego, a także o powiązaniach golfa z futbolem rozmawiamy z Tomaszem Iwanem, byłym reprezentantem Polski w piłce nożnej, a dziś zapalonym golfistą.

Czy nam się wydaje, czy za Tobą ciężka noc..?
Spać nie mogłem, bo czytałem książkę o golfie. Dostałem pod choinkę poradnik golfowy i nie mogłem powstrzymać się od lektury. A mam taką naturę, że jak coś robię, to chcę wiedzieć o tym maksymalnie dużo. Więc teraz pochłaniam poradniki techniczno-metodyczne, czytam o historii golfa, przeglądam statystki, bo chcę wiedzieć, jak ta gra wygląda na świecie, jak w Polsce. Poza tym, prawie jak co dzień, wyrwałem się poćwiczyć na driving range.

I tak każdego dnia?
Ostatnio codziennie wyglądam za okno i patrzę, czy pogoda nadaje się na golfa. W tygodniu byłem o 10 rano na podwarszawskim polu Lisia Polana. W recepcji wszyscy zaspani, meleksy nie wystawione, w klubowej restauracji nic się nie dzieje, na polu nikt jeszcze nie grał, a we mnie już buzowała ta chęć gry i chciałem, jak najszybciej wejść na pole.

Skąd taka pasja? Przecież Ty grasz w golfa dopiero od września.
Ale bardzo mnie to wciągnęło! Ciężko nawet stwierdzić, co najbardziej. Myślę, że ci, którzy grają w golfa wiedzą, o czym mówię. Jest w tym sporcie coś magicznego. Chociażby to niesamowite uczucie, gdy po uderzeniu driverem piłka leci w tym kierunku, w którym chcesz. To jest coś pięknego.

Wydawać by się mogło, że w golfie nie ma takich emocji, jak w piłce nożnej, brakuje tego prawdziwie sportowego wysiłku…
Emocje są ogromne! Z tym brakiem wysiłku też się nie zgodzę, ponieważ czytałem na stronie Polskiego Związku Golfa, że podczas rundy spala się więcej kalorii niż podczas meczu. Poza tym, tu każde uderzenie jest niezwykle ważne.

To jest jak w futbolu? Można porównać strzał na bramkę z uderzeniem do dołka?
Piłka nożna jest bardziej przewidywalna. Wygrywając 3:0, prawie na pewno mamy zwycięstwo w kieszeni. W golfie wszystko jest możliwe, można do osiemnastego dołka grać świetnie, przy czym właśnie na ostatnim dołku może trafić się kilkanaście uderzeń, zamiast trzech czy czterech. Dlatego trzeba zachować koncentrację do samego końca. W golfie gra się samemu przeciwko polu, przeciwko  swoim słabościom, to też jest fajna sprawa.

A kiedy zmierzysz się z Jerzym Dudkiem, oczywiście na polu golfowym?
Mieliśmy już okazję spotkać się na Lisiej Polanie, ale na razie trzeba przyznać, że Jurek jest dużo lepszy. Gra w golfa od kilku lat, zaliczył w minionym roku dobre występy w mistrzostwach Polski. Więc jeszcze muszę potrenować, abyśmy zagrali jak równy z równym, ale jego postawa wpływa na mnie mobilizująco. A propos piłkarzy to robiłem kurs na Zieloną Kartę (golfowe prawo jazdy – przyp.red.) z Piotrem Świerczewskim. Grał ze mną do momentu, kiedy rywalizacja była wyrównana. Jednak poświęcałem więcej czasu na trening i efekty są  widoczne, bo teraz, gdy namawiam go na golfa to do tych propozycji podchodzi z dystansem.

Świerczewski nie lubi przegrywać?
Piotr ma swoje zasady. Kiedy zaczęliśmy grać był teoretycznie lepszy. Miał swój styl i się go trzymał. Ja natomiast bardziej skupiałem się na radach trenera i szlifowałem technikę. Pierwsze treningi były spokojnym przygotowaniem, począwszy od nauki trafiania w piłkę. Nie brakowało także teorii i przepisów.

Porozmawiajmy o tych początkach. Jak to wszystko się zaczęło?
Wraz z kilkoma innymi osobami zostałem zaproszony przez firmę Golf24 do udziału w organizowanym przez nich turnieju Pro-Am Stars. Wcześniej trzeba było oczywiście odbyć lekcje. Pierwsze zajęcia nie były jeszcze zwiastunem tak pozytywnej przygody z golfem. Ale nie mogłem się poddać, bo turniej się zbliżał i nie chciałem się ośmieszyć. Wszystko rozwinęło się trochę później, gdy już „coś” zaczęło wychodzić.  Choć tak naprawdę to pierwszą styczność z golfem miałem jakieś 10 lat temu.

W jakich okolicznościach?
Znalazłem się w roli widza na British Open, czyli istnym golfowym święcie. Byłem z moją ówczesną drużyną gdzieś niedaleko na zgrupowaniu. Koledzy postanowili się wybrać, więc pojechałem z nimi. To były jeszcze lata świetności Tigera Woodsa. Wielkie wrażenie wywarła na mnie otoczka tego turnieju – kultura tego sportu, organizacja turnieju. Do tego cisza, koncentracja zawodników, zdyscyplinowanie kibiców. Utkwiło mi to wydarzenie w pamięci, ale grając w Holandii, wielokrotnie miałem styczność z golfem – tam jest to sport dość popularny.

Twoi koledzy z boiska po godzinach grali w golfa?
Tak, wielu z nich. Kiedyś moim trenerem był Anglik Bobby Robson. Golf był jego pasją. Pamiętam, jak często przyjeżdżałem na trening o 9 rano, a nasz szkoleniowiec był już od godziny na murawie z kijami i piłką golfową. Uderzał w kierunku bramki, za którą była siatka. Gdy dawał nam wolne po meczu, sam brał torbę i udawał się pograć. A gdy wybierał dla nas hotele na zgrupowania to zawsze te, w pobliżu których było pole golfowe.

Mając takiego trenera ani razu nie skusiłeś się, aby spróbować gry w golfa?
Nie, pewnie dlatego, że życie piłkarza jest absorbujące czasowo, a golf też jest niestety bardzo czasochłonny. Jednak teraz, z racji tego, że jestem już na piłkarskiej emeryturze, tego czasu wolnego jest trochę więcej i mogę go przeznaczyć na golfa.

Podobno jesteś nawet w stanie poprzekładać spotkania, byle tylko w niego zagrać…
Rzeczywiście dochodzi nawet do takich sytuacji. Staram się grać wszędzie, gdzie tylko mogę, bez względu na pogodę. Można mnie spotkać prawie codziennie na polu, często samego. W grudniu byłem nawet na polu w czasie przymrozków i dziwiłem się dlaczego greeny nie są czynne. Na szczęście mam stosunkowo blisko na pole pod Pomiechówkiem, a że w bagażniku ciągle trzymam torbę z kijami to wracając do domu zazwyczaj zjeżdżam jeszcze na driving range lub pole. Planuję nawet zrobić sobie w ogrodzie mały green.

I nie jest to taka chwilowa zajawka?
Golf jest strasznie wciągający i z tego co widzę, nie jest to hobby na chwilę. Moja przygoda z golfem trwa już prawie pół roku i aż boję się, co będzie dalej. Nawet żona Mariusza Czerkawskiego określiła nas mianem „sekty”.

Dla niektórych golf to religia i niewiele w tym stwierdzeniu przesady.
Coś w tym jest. Szkoda tylko, że golf jest w naszym kraju tak mało popularny i próżno go w mediach szukać. A trzeba pokazywać i mówić o sukcesach naszej kadry juniorów, bo nie będzie przybywało golfistów, jak nie będziemy o tym mówić. To jest trochę jak ze skokami narciarskimi, czy piłką nożną. Mówi się, że poziom naszej futbolowej reprezentacji jest niski, bo w pewnym momencie zaniedbano szkolenie młodzieży, w ogóle sport zszedł na dalszy plan. I teraz mamy tego efekt. Bez popularyzacji sportu nie będzie sukcesów.

Trzeba jeszcze łamać stereotypy. Chociażby ten o golfie. W powszechnej opinii jest to sport, w którym tylko macha się kijem, uderza piłkę i nic poza tym.
Dopóki ktoś golfa nie „złapał”, to trudno takiego człowieka przekonać. W różnych rankingach golf jest uznawany za jeden z najbardziej technicznych sportów. To o czymś świadczy. Wszystko łatwo wygląda z boku, do momentu, gdy się weźmie kij do ręki i spróbuje w piłeczkę uderzyć. Ja teraz gorąco namawiam do gry moją dziewczynę. Słyszałem już historie, że przez golfa rozpadały się nawet firmy czy związki.  Często widzę na polu, że pary grają razem. W innym wypadku brakuje czasu na wspólne chwile. W ciągu tych kilku miesięcy grałem praktycznie w każdy weekend, wyjeżdżałem rano, wracałem po południu, aż strach pomyśleć co będzie w przypadku dłuższych wyjazdów na kilkudniowe turnieje. Więc muszę przekonać moją kobietę, że trzeba będzie jeździć razem…

Jakie stawiasz sobie cele na ten rok? Jakie masz plany na najbliższy sezon?
Szybko złapałem podstawy gry, więc teraz już tylko trening, trening i jeszcze raz trening. Na pewno będę chciał gonić kolegów ze sportowej branży, czyli Jurka Dudka i Mariusza Czerkawskiego. Chcę zejść z handicapu 30. Ostatnio podczas turnieju w klasyfikacji stableford uzyskałem wynik 47 i wygrałem zdecydowanie. Zagrałem rundę 20 uderzeń powyżej par, więc jak na kogoś kto niedawno zaczął grać to dobry wynik. Koledzy z pola są zdumieni, bo mówią, że do osiągnięcia takiego poziomu potrzebowali 2-3 lat. Ale biorę poprawkę, że początkowo łatwo jest zejść z hcp, później jest coraz trudniej. Ponieważ golf w pewnym stopniu zastępuje mi piłkę, a we mnie wciąż jest adrenalina i chęć zwycięstwa to chciałbym stawać na podium golfowych turniejów. Już kilka trofeów golfowych mam, więc jak tak dalej pójdzie to wygląda na to, że zdobędę ich więcej niż piłkarskich. Jednak najważniejsze jest to, aby golf sprawiał mi frajdę.

Czy umiejętności piłkarskie przekładają się na te golfowe?
Tak. Jeżeli mam kopnąć piłkę na daną odległość, to mam wyczucie gdzie ją skierować. Podobnie jest w golfie – gdy podchodzę do piłki, nawet nie sprawdzam, jaka jest odległość do dołka, tylko oceniam wizualnie i na tej podstawie wiem, jakiego kija użyć, z jaką siłą uderzyć. To wszystko jest oczywiście trudniejsze niż w piłce nożnej, ale da się zauważyć podobieństwa. Byłym sportowcom jest o wiele prościej w kwestii psychiki. Lubimy turnieje, bo tam jest presja, są emocje, ludzie się „palą”. Często widzę, że innych graczy łatwo to wyprowadza z rytmu gry, a na nas wpływa mobilizująco.

Twoje dotychczasowe najlepsze uderzenie?
Miałem już kilka takich, np. trzy birdie. Pierwsze z nich zrobiłem na par 5. Cieszy to, że dwa birdie zagrałem podczas turnieju. Jednak w golfie jest tak, że na jednym dołku można mieć birdie czy par, a na kolejnym 10 czy 12 uderzeń na par 3. Na szczęście coraz rzadziej mi się to zdarza, staram się grać regularnie.

A jakiś wybitny drive?
Potrafię już uderzyć na ponad 250 metrów, czasami nawet w tę stronę, w którą chcę. Ostatnio nawet po uderzeniu piłka wylądowała pod greenem. Staram się jednak, żeby to było regularne i nie wkładam w zagrania maksimum siły, bardziej myślę o technice. Sportowcom siły nie brakuje, dlatego wolę skupić się na technice.

Na pole przyjeżdżasz najczęściej w ubraniach marki Puma. Czy przywiązujesz wagę do stroju? Podobna moda to istotna dla golfistów sprawa.
Na 40. urodziny dostałem sprzęt od mojego sponsora, którym jest właśnie Puma. Mam buty ze swoimi inicjałami, koszulki, kije. Wstyd nie skorzystać, choć teraz mam problem, bo Puma wycofała się z kolekcji golfowej. Ja wzoruję się trochę na Rickiem Fowlerze, który zawsze ma na sobie coś pomarańczowego. Coraz więcej młodych ludzi gra w golfa i pewnie dlatego ta moda się zmienia, nie ograniczamy się do szarych, ciemnych, kolorów.

Jesteś przewodniczącym komisji ds. piłki plażowej, działającej przy PZPN. Co słychać w tej kwestii?
Działamy z sukcesami – nasza reprezentacja jest w europejskiej czołówce. W lutym lecimy do Moskwy na Puchar Europy. Jesteśmy szóstą drużyną Starego Kontynentu i pomimo problemów finansowych (nasz budżet nie pozwala na zbyt wiele) co roku walczymy o utrzymanie się w tej elitarnej lidze. Plażówka to moja wielka pasja i pewnie dlatego dość dobrze to wszystko się udaje.

Skąd plażówka w Twoim życiu?
Pochodzę z Ustki. Zaczęło się od tego, że organizowałem tam turnieje piłki plażowej. W momencie, gdy PZPN musiał dodać tę dyscyplinę do swoich struktur (piłka nożna plażowa będzie sportem olimpijskim w Rio de Janeiro w 2016 r.) zwrócili się do mnie i zaproponowali na współpracę. Działaczem związkowym nie jestem, bo to dla mnie praca charytatywna i zupełnie nie utożsamiam się z tym, co dzieje się w PZPN. A piłka nożna plażowa jest dość dobrze postrzegana, bo kojarzy się ludziom pozytywnie – jest plaża, zabawa, słońce, a na trybunach gra DJ.

A sam grywasz?
Nie mogę już grać w piłkę, nawet rekreacyjnie. Jestem po operacji kolan, niedługo będę musiał przejść kolejne zabiegi. Trzykrotnie miałem zerwane więzadła krzyżowe, mam wstawione implanty łękotek. Pokochałem golf, ale często na polu zamiast chodzić muszę korzystać z meleksa.

Po zakończeniu kariery wielu piłkarzy zostaje trenerami. Ty nie planowałeś takiego rozwoju kariery?
Nie. Piłka na etapie zawodniczym jest bardzo czasochłonna, podobnie jest w przypadku bycia trenerem. Teraz chcę mieć trochę czasu dla siebie, w tym na grę w golfa, więc to byłoby ciężkie do pogodzenia. Plażówka zaspokaja mój głód futbolu. Jestem szczęśliwy z tego, co obecnie robię, nie muszę nic zmieniać.

Odważne stwierdzenie – nie każdy potrafi się przyznać, że ma szczęście w zasięgu ręki.
Uważam się za szczęśliwego człowieka, jednak osiągnięcie takiego stanu kosztowało mnie wiele wyrzeczeń i lata ciężkiej pracy.

Rozmawiali: Anna Kalinowska i Karol Darmoros

Tomasz Iwan (ur. 12 czerwca 1971 w Słupsku) – były piłkarz, reprezentant Polski, występujący na pozycji pomocnika. Karierę piłkarską rozpoczął w 1988, w Jantarze Ustka. W Ekstraklasie zadebiutował w 1991, w barwach Olimpii Poznań. Przez siedem lat grał w lidze holenderskiej. Z PSV Eindhoven zdobył dwa tytuły mistrza Holandii. Od 2001 do 2005 był zawodnikiem klubów austriackich (głównie Admira Wacker Mödling). Karierę sportową kończył w Lechu Poznań. Obecnie jest przewodniczącym Komisji ds. Piłki Plażowej PZPN. Jako golfista reprezentuje Play Golf Club oraz KG Lisia Polana.

Artykuł dostępny również w portalu