Max Sałuda o byciu pro w Polsce

10 grudnia 2011

Jeden z najlepszych polskich golfistów. Od 2008 roku zawodowy gracz, dwukrotny uczestnik uniwersjady. W 2010 r. wygrał krajową zawodową ligę, startując w ośmiu turniejach, z czego cztery wygrał i cztery razy był drugi. Prywatnie szczecinian, student wychowania fizycznego na Uniwersytecie Szczecińskim. 23-letni Maksymilian Sałuda opowiada o byciu zawodowym graczem w Polsce.

W piątek trzynastego…
Lipca 2007 roku, na ósmym dołku Binowo Park, miałem hole in one. Na razie jedyne w karierze, mam nadzieję, że nie ostatnie. To było podczas Mistrzostw Województwa Zachodniopomorskiego.

A drive życia?
Z górki, z wiatrem pewnie było z 350 metrów. Ale to dawno temu i nieprawda.

W czym tkwi klucz do sukcesu?
Nie ma jednego klucza. Jest mnóstwo sposobów, tak jak pewnie milion rodzajów swingu. U niektórych pięć złotych za jego zamach byś nie dał, a ta osoba wygrywa turniej wynikiem -15 po czterech dniach. Przede wszystkim trzeba mieć pomysł na siebie.

Jaki jest zatem Twój pomysł na sukces?
Myślę, że jeszcze sukcesu nie osiągnąłem, bo mierzę wyżej niż polskie pro-amy. Interesuje mnie trzecia liga europejska, dalej druga, a potem pierwsza… Jeszcze nie pokazałem wszystkiego, ale moim kluczem jest znajomość siebie. Staram się grać mądrze, nie wykonywać głupich strzałów, a jedynie takie uderzenia, która dadzą mi upragniony rezultat. Każde uderzenie jest przemyślane. Nie są to jakieś pięciominutowe dywagacje, raczej pierwsza myśl. Nie robię już tzw. hero shots, gdzie masz wodę 250 m i wiedząc, że wyjdzie jedno na dziesięć uderzeń to mimo wszystko bierzesz kij i uderzasz z całych sił. Choć startując w niemieckiej lidze za bardzo się staram i to też jest błąd. Chcąc dać z siebie więcej niż jestem w stanie zamiast rozgrzewać się 70-80 minut to jestem na drivingu i puttingu po 120 minut. Zamiast wybić jak zwykle koszyk piłek, wybijam dwa. Powinien podejść bardziej na luzie i zachować turniejową rutynę.

Zadowolony jesteś z tegorocznych startów w niemieckiej lidze?
Tak, bo każdy turniej był dla mnie coraz lepszy. W pierwszych trzech nie przeszedłem cuta, ale pod koniec lipca w turnieju Internetworld.de Open zająłem 16.miejsce. Pamiętam, że w score saverze (plan pola golfowego) oprócz tradycyjnie taktyki na dany dołek zapisałem uczucia, które pozwolą mi potraktować to pole jak swoje. Zaznajomić się z nim, dzięki czemu uniknę stresu, nerwów w kluczowych momentach. Każdy sportowiec dobrze wie, że zawsze lepiej gra się u siebie niż na wyjeździe. I rzeczywiście tak było.

Podsumuj proszę miniony sezon i zdradź, jakie są Twoje najbliższe plany.
Miniony sezon był dość nierówny. Niestety miałem mniej spotkań z trenerem Scottem Cranfieldem. Pod koniec sierpnia pojechałem do Londynu, aby spotkać się z „prawą ręką” Scotta – Steven Orr. Steven będzie dla mnie bardziej dostępny i dotychczas obiecująco wygląda nasza współpraca. Wiedziałem, że lipiec i sierpień będą zwyżką formy i tak było. Zaliczyłem bardzo dobre starty w Polsce, jak i zagranicą. To był przełomowy moment, bo dotychczas zagranicą szło różnie. Generalnie ten sezon był pod znakiem zmian, zarówno w swingu, jak i podejściu do gry.
Natomiast przyszły sezon będzie dla mnie dawką prawdziwego „life on tour”. Jestem na dobrej drodze, aby dopiąć budżet pozwalający mi nawet na kilkanaście zagranicznych startów, głównie w niemieckiej lidze EPD TOUR. Plus trochę startów w Polsce da mi ponad 20 turniejów zawodowych w sezonie. Dla porównania w tym roku miałem ich 16.

Ważnym wydarzeniem była Uniwersjada w Shenzen….
Oj tak, to było niesamowite wydarzenie. Tym bardziej, że była to największa studencka olimpiada w historii. Startowało prawie 10 tysięcy sportowców, relacjonowało ponad 3 tysiące dziennikarzy a pomagało 20 tysięcy wolontariuszy. Można było poczuć się jak na igrzyskach, bo wszędzie były specjalne przejścia dla nas, na lotniskach specjalne odprawy, a w metrze wszyscy chcieli robić sobie z zdjęcia ze sportowcami. A propos metra to Shenzhen wybudowało specjalną linię dochodzącą do wioski uniwersjadowej. Oszałamiające były stadiony i hale, na których odbywały się inne konkurencje. Pole golfowe, na którym graliśmy (Omega Mission Hills, World Cup Course) było dość wymagające, ale niczego innego nie mogliśmy się spodziewać. No i wymagająca była tropikalna pogoda – podczas rundy wypijaliśmy po 9-10 litrów płynów i pewnie drugie tyle z nas wychodziło, bynajmniej z powodu kaca…  Jako ciekawostkę dodam fakt, że zapisałem się w historii polskiego golfa chyba jako pierwszy gracz przechodzący kontrolę antydopingową. To nie było nic przyjemnego, zdecydowanie nie polecam.

Da się w Polsce zarobić na zawodowym graniu w golfa?
Nie da. Dlatego moim celem nie są polskie turnieje. Krajowe zawody są raczej przystankiem na mojej drodze.

Czyli lepiej grać amatorsko?
Młodym golfistom powiedziałbym tak: jeżeli masz zaplecze finansowe to graj jak najdłużej amatorsko – oczywiście do jakiegoś momentu w karierze. Momentu, kiedy będziesz musiał stwierdzić czy chcesz poświęcić się grze i wyrzec się wielu przyjemności. Startuj w turniejach amatorskich, jak najwięcej ogrywaj się na zawodach, naucz się wygrywać. Nie rzucaj się z motyką na słońce.

A Ty w dobrym momencie przeszedłeś na zawodowstwo?
Myślę, że w najlepszym. Nie miałem wyboru, bo nie było kadry Polski do lat 21. Zresztą, gdy zaczynałem przygodę z golfem około 2000 roku, to były inne czasy. W kadrze były ze dwie-trzy osoby, które naprawdę dobrze grały, a teraz takich osób jest pewnie z 10. My wyjeżdżaliśmy raz w roku, obecnie juniorzy mają kilka zgrupowań, mają większe wsparcie szkoleniowe.

Jeśli nasi juniorzy myślą o byciu pro…
To mogą się rozczarować. Głównie, jeśli chodzi o atmosferę zawodów, bo w sporcie zawodowym nie ma tam takiego luzu, zabawy, przybijania piąteczki i pośmiania się na drivingu. Owszem, jest miło i jak to w golfie bywa konkurentom życzy się dobrej gry, ale odczuwa się rywalizację. Tam nie rzucisz cztery razy kijem wiedząc, że kary nie dostaniesz, bo jesteś jako junior-amator nietykalny. Tam za rzucenie flagą w green kara wynosi 250 euro, rzucanie kijami 300, a nagminne niepoprawianie divota 200. Taryfikator niemiłosierny, ale to i tak jest „pikuś” w porównaniu z PGA Tour i European Tour. Już o głośnym przeklinaniu nie wspominając. Panuje stricte sportowa atmosfera i etykieta, o czym nasi juniorzy (ale nie tylko juniorzy) czasami zapominają.

Ty też kiedyś byłeś juniorem…
I też kilka soczystych wyrazów na k musiałem wykrzyczeć.  A potem przyszedł moment, w którym ktoś podszedł, złapał za gardło i powiedział, że tak się nie robi. Widzę, że turnieje organizowane przez PZG idą w stronę sportu, ale wciąż poziom, w porównaniu do europejskiej ligi, jest rekreacyjny. W zawodowstwie nie do pomyślenia jest na przykład szukanie wymówek – że dzisiaj deszcz pada i przeszkadza, że za silny wiatr wieje. Wszyscy gryzą trawę i z pokorą walczą, bo wiedzą ilu kolejnych golfistów czeka na twoje miejsce, wiedzą, jak duża jest konkurencja w tym sporcie.

Jak wygląda bycie pro w Polsce?
Myślę, że jest nas z trzech, może czterech. Nas, to znaczy osób, które rzeczywiście starają się grać zawodowo, startować  w turniejach, a nie uczyć. Bo nie da się tego połączyć. Nie możesz być dobrym graczem i trenerem równocześnie. To nie jest piłka nożna czwartej ligi, gdzie biegając po boisku możesz być i trenerem, i zawodnikiem. Albo rybka albo akwarium. Jak chcesz grać na wysokim poziomie to trzeba się na tej grze skupić. Dlatego ja nie uczę tak dużo jak inni, choć aby pozyskać dodatkowe pieniądze na wyjazdy te kilka lekcji muszę czasami dać… Bywam w Binowie 6 dni w tygodniu, ale nie mógłbym mieszkać na polu golfowym, bo to zaburza zdrowy dystans do pracy. Z treningu na lekcje, z pracy do pracy… a później z pracy do… domu, czyli znów na pole golfowe.

Nie myślisz o wyjeździe zagranicę?
Wyjazd w zimę to pewien mus, bo w Polsce można grać przez około 6 miesięcy, a przez kolejne 6 nie można przecież żyć w hibernacji. Trzeba gdzieś trenować, więc ja zimę planuję w kilku miejscach. Będzie to Portugalia, Turcja i Cypr, gdzie razem z Adamem Mitukiewiczem organizujemy „obóz przetrwania” dla juniorów z całej Polski. Dwutygodniowa dawka treningu golfowego w styczniu dobrze zrobi i mi, i uczestnikom. Następnie na przełomie lutego, marca i kwietnia planuję starty w zimowej lidze EPD TOUR w Maroku.

Pamiętna runda…
Dwie szczególnie utkwiły mi w pamięci. Zagrałem 67 i 70 podczas Mistrzostw Europy Juniorów do lat 18, w Czechach w 2003 r. Zająłem 10. miejsce i do tej pory nikomu takiego wyniku nie udało się zrobić. Dla mnie to był przełom w karierze.

Twoje ulubione pole to?
„Moje” pole, czyli Binowo. Od początku jestem w tym samym klubie. Mieszkam w Szczecinie, więc mam do Binowa kilkanaście kilometrów, ale podoba mi się rodzinna atmosfera i sposób, w jaki jestem tam traktowany. No i piękne widoki.

Jak promować golf w Polsce?
Zmieniać jego wizerunek, pokazać ludziom, że to powszechny, rodzinny sport. Wybudować driving range w miastach i blisko nich, na taką skalę jak orliki. No i czekać na „efekt Kubicy”. Kiedyś się doczekamy takiego nazwiska. Podobno taki golfowy Kubica już jest w Polsce, tylko musimy ten diamencik oszlifować.

Rozmawiała: Anna Kalinowska