O golfowej podróży Krzysztofa Materny

22 listopada 2011

10 listopada nakładem Wydawnictwa Znak opublikowana została książka „Podróże małe i duże, czyli jak zostaliśmy światowcami” Wojciecha Manna i Krzysztofa Materny. Jeden z rozdziałów publikacji to opowieść o tym, jak Materna marzył o grze na polach golfowych w RPA i co z tego wynikało. Dla najbardziej ciekawych zamieszczamy poniżej fragment rozdziału, a po podwójną dawkę humoru odsyłamy do książki.

„Podróże małe i duże, czyli jak zostaliśmy światowcami” to prywatne wspomnienia najzabawniejszych podróży Manna i Materny – duetu, który stworzył niezapomniane programy, m.in. MdM, Za chwilę dalszy ciąg programu i M kwadrat. Absurdy PRL-u oraz niewiarygodne historie, które choć prawdziwe, brzmią jak wymyślone przez satyryka. Opowieści z czasów, gdy podróż „Stefanem Batorym” otwierała bramy wielkiego świata.

Jak autorzy zostali potraktowani przez sycylijską mafię?
W jaki sposób wprowadzili cła na plastikowe dywany?
Na co prawdziwi mężczyźni wydają pieniądze w Acapulco?

To książka, która wzrusza jak wspomnienia z młodości, a śmieszy bardziej niż niejedna komedia.

Fragment rozdziału: „Opowieść Krzysztofa Materny o tym,  jak marzył o grze na polach golfowych w RPA i co z tego wynika”

A teraz mogę opowiedzieć dramatyczną historię (przypominam i podkreślam, że mówię to jako człowiek, który robi wszystko, żeby raz w roku pojechać na specjalny turniej) o golfowej podróży do RPA.

Pewien Szwed, znany hokeista, wymyślił Mistrzostwa Świata Amatorów w Golfie. I oczywiście nie są to tak naprawdę wcale mistrzostwa amatorów w golfie, ale wszystkim biorącym udział w turnieju tak się wydaje. Uczestników dzieli się na dwie grupy – pierwsza gra w turnieju głównym (i są to zwycięzcy eliminacji w poszczególnych krajach), a drugą stanowią ci, którzy nie wygrali eliminacji i w przeciwieństwie do członków pierwszej grupy wyjeżdżają na własny koszt. Nie ukrywam (opowiadałem już o swoich możliwościach golfowych), iż nie wyjeżdżałem nigdy jako zwycięzca eliminacji krajowych.

Kiedy się dowiedziałem, że kolejny turniej odbędzie się w RPA, która zawsze wydawała mi się ciekawym krajem, pomyślałem sobie (a myślę tak za każdym razem, bez względu na to, gdzie się turniej odbywa), że szczególnie TAM muszę pojechać. W związku z tym już od 1 stycznia zacząłem odkładać pieniądze na wyjazd do RPA, znacznie uszczuplając domowy budżet. Ale im mniej czasu zostawało do października, tym większe były moje emocje związane z realizacją tego wielkiego marzenia. (…) Sprawdzałem w Internecie, jak wyglądają pola, na których będę grał, i wyobrażałem sobie, że w rzeczywistości są jeszcze piękniejsze, chociaż już te w Internecie wydawały mi się wprost nieprawdopodobne. I rzeczywiście musiały być wspaniałe, gdyż leżały w okolicach Durbanu, nad oceanem, więc podziwiając je, zacząłem się jednocześnie bać, że jeśli NAPRAWDĘ okażą się takie piękne, to mogę oszaleć i stamtąd nie wrócić.

Dwa dni przed wyjazdem zaczęło mnie coś kłuć w oko. Pomyślałem, że wpadła mi rzęsa. Zaangażowałem do szukania tej rzęsy moją żonę. A potem syna. I nic. Byłem wściekły, że nie znaleźli. Oko kłuło mnie bardzo, pojechałem więc do szpitala na ostry dyżur okulistyczny. I na tym dyżurze pan okulista powiedział mi, że jest to wirusowe zapalenie spojówki. Zapytałem, czy można je szybko wyleczyć. Powiedział, że wszystko zależy od tego, jaki to jest wirus i czy trafimy na odpowiednie lekarstwo. Przepisał mi krople, które odebrałem w nocnej aptece, po czym zakropliłem sobie oko. Ale kiedy się obudziłem, oko miałem bardzo spuchnięte. I nic nie widziałem. (…)

Po odprawie na samolot do Johannesburga poczułem, że kłuje mnie drugie oko. O godzinie 12.00 w nocy pani powiedziała przez megafony, że z przyczyn technicznych samolot do Johannesburga nie odleci tak szybko, więc hiszpańskie linie lotnicze podstawią autobusy, które zawiozą nas do hotelu. Tak też się stało − po trzech godzinach.

Było mi obojętne, gdzie się znajduję, bo miałem zamiast oczu dwie spuchnięte gały, które – żeby nie obrażać odczuć estetycznych drogich Czytelników – łzawiły (tak powiem dla ułatwienia). (…) Pod okularami miałem dwa czyraki wielkości pięści. Przesuwały mi one okulary na czoło i z powrotem. (…)

To, co wykonywałem jako golfista podczas całego turnieju, wzbudzało nie tylko zaciekawienie, ale także podziw, ponieważ grałem spontanicznie, bijąc w bardzo różnych kierunkach. A cała moja gra bardzo wskazywała na to, że nigdy nie miałem do czynienia z golfem. Skłaniało to moich partnerów – którym dziękuję (a byli to Czesi, Słowacy i moi koledzy z Polski) – do składania mi, mniej więcej co dwie minuty, wyrazów współczucia. Przyzwyczaiły się do mnie również miejscowe kobiety (caddy), pomagające szukać piłki. I o ile przy normalnych uderzeniach moich partnerów piłki szukała jedna z nich, o tyle moich szukał cały komplet, czyli cztery panie plus trzech moich partnerów. Siedem osób zajmowało się opieką nad moją grą, siedem osób, które serdecznie mi współczuły. Dzielnie przetrzymałem pierwszy dzień, ale osiągnąłem najgorszy wynik w swojej historii gry w golfa.

Przeżywałem tragedię.
Nie widziałem żadnego pola w RPA.
Nie mogłem czytać.
Nie mogłem oglądać telewizji.

Ze słyszenia dowiedziałem się tylko, że polski golfista dał się poznać już pierwszego dnia na bankiecie, kiedy podczas gali flagowej nie wiadomo dlaczego (a właściwie wiadomo) – wpadł do basenu.

Jeśli chodzi o powrót, to pamiętam, że w Madrycie zabrano mi trzy butelki wina, które wiozłem z RPA, oraz to, że czekałem cztery godziny na opóźniony samolot. Jak się okazało, w Polsce była straszna mgła i już trzeci dzień Okęcie nie przyjmowało samolotów. Ale nasz kapitan – niesłychanie dzielny lotnik – oszukał procedury. Powiedział, że leci do Gdańska, a wylądował na Okęciu, na którym z powodu mgły nic nie było widać. Jak się w tajemnicy dowiedziałem – następnego dnia miał ważną dla siebie sprawę rozwodową.

Strona książki: http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,3158,tytul,Podroze_male_i_duze
Najlepsze fragmenty, zdjęcia, filmiki i anegdotki Autorów dostępne na FB: https://www.facebook.com/pages/Podr%C3%B3%C5%BCe-ma%C5%82e-i-du%C5%BCe-czyli-jak-zostali%C5%9Bmy-%C5%9Bwiatowcami-Mann-Materna/272626262781248