M. Grabowski: nazwijmy golf otchłanią…

23 sierpnia 2011

Prostota i wyrafinowanie. Precyzja i nonszalancja. Tak o golfie myśli znany polski aktor i reżyser, Mikołaj Grabowski. Pytany o to, co sprawia mu największą przyjemność podczas gry, odpowiada po góralsku: „sprzyczność”. Dlaczego na polu czuje się czasem jak chłopak goniący po łące i czy golf można rozegrać we własnej głowie, a także dlaczego kij bywa przerażający, opowiada w rozmowie z Aleksandrą Adamowską.  Oto jak aktor wchodzi na zupełnie nowe pole.

Czy to, co wciągnęło Pana do golfowego świata to ten, często podkreślany przez wielu graczy, moment niemalże narkotycznej fascynacji? Podobno jak już raz wejdzie się na pole, chce się na nim zostać na zawsze.
Uważałem, celowo używam czasu przeszłego, że golf łączy w sobie prostotę i wyrafinowanie – że jest to zabawa chłopców na pastwisku i równocześnie perfidna gra z samym sobą. Nadal ta myśl mi towarzyszy, chociaż dzisiaj przygoda z golfem stała się bardziej mozolna. Może dlatego, że chciałbym stale poprawiać wyniki i obniżać handicap, co nie zawsze –jak wiadomo – się udaje. Zdarza mi się, że  popadam w kłopoty z samym sobą, innym razem czerpię z pola niezwykłą szansę i otwartość. Myślę więc dalej, że jest coś niezwykłego w tym zestawieniu przeciwieństw – kiedy czujesz się jak chłopak goniący z piłką po łące i ktoś, kto musi bardzo zręcznie manewrować swoim ciałem i umysłem. Golf dla mnie łączy absolutną prostotę z absolutnym wyrafinowaniem. To siła połączona z jej brakiem, nieprawdopodobna precyzja z odrobiną nonszalancji. Myślę, że to łączenie przeciwieństw, w sposób niemal perwersyjny, jest w golfie najbardziej fascynujące. Jak mówią niektórzy górale – wszystko musi być „sprzyczne”. Trzeba być spiętym i rozluźnionym, być dynamicznym i równocześnie swobodnym. Nie zauważyłem tego w żadnym innym sporcie.

Legenda golfa, Bobby Jones, powiedział kiedyś, że tak naprawdę golf rozgrywa się na granicy 14 cm. To odległość szerokości twarzy. Zgodzi się Pan z tym, że najważniejsza gra to ta, która dzieje się w głowie?
Tak. Myślę, że od momentu, w którym potrafimy nieco grać w golfa, to znaczy uderzać piłkę z pewną powtarzalnością, uczestniczymy w dwóch grach. Pierwsza to ta, która odbywa się na trawie, druga – w naszej głowie. Powstaje pytanie: która jest ważniejsza? Jestem zdania, że druga. Głowa może odebrać ci szansę uderzenia, zepsuć wynik; może przywołać myśli, które zablokują ciało i w konsekwencji zadecydować o niemożności kontynuowania gry. Sądzę więc, że „granie głową” jest rzeczą najważniejszą.

Mówi się, że golf jest jednocześnie rodzajem ogromnej fascynacji i obezwładniającej frustracji. Wszystkie te emocje wydarzają się dalej w naszej głowie. Czy podobne stany nie towarzyszą aktorowi przy budowaniu postaci?
Zdecydowanie. Aktorstwo to również gra przeciwieństw. Aktor nieustannie stoi na granicy, na przełęczy stanów emocjonalnych. Wykonując rolę jest jedną nogą w świadomości, drugą w nieświadomości; ale twierdzę, że to podświadomość rozwija jego głębsze możliwości. Aktorstwo to ciągłe balansowanie na krawędzi. Prawdopodobnie to samo się dzieje w golfie; tutaj świadomość może zablokować gracza do tego stopnia, że przestaje dobrze uderzać. Uderzamy na drivingu jakimś kijem –  idzie nam dobrze, ale kiedy wchodzimy na pole i wykonujemy nim kolejne słabe uderzenie, umysł blokuje naszą wolę do tego stopnia, że z trudności uderzamy piłkę. Pytanie: jak wypędzić ten lęk, który nam towarzyszy. Grając dzisiaj z Michałem Goli stwierdziłem w pewnym momencie, że boję się użyć driver’a, na co on zareagował ze zdziwieniem, a nawet przerażeniem. Uświadomiłem sobie, jak absurdalny strach jest we mnie. Przecież kij służy do grania, nie mogę się go „bać”, bo jestem na polu, to moja zabawa, moja przyjemność! A więc pojawił się stres, który upostaciowujemy nazywając go np. żelazem nr.5 i zaczynamy go sobie obrzydzać. Kij zaczyna być wstrętny, niedobry, przykry, nawet brzydki; nie wiem jak się go trzyma i nie wiem jak się nim pracuje. Czy to nie jest sygnał idący z naszej głowy? Może należałoby – jak w aktorstwie – więcej zaufać podświadomości…dać się ponieść grze…

Aktor wychodzi na scenę i GRA. Golfista wychodzi na swoją scenę, jaką jest pole i też GRA. Czy emocje towarzyszące tym zgoła dwóm różnym „wystąpieniom” da się ze sobą jakoś porównać? Czy Pan potrafiłby je ze sobą skonfrontować?
Dla mnie te sprawy są nieporównywalne. Aktorstwa uczyłem się od 17. roku życia, w golfa zacząłem grać mając około pięćdziesięciu ośmiu lat. W teatrze mogę czuć się różnie, lepiej albo gorzej, ale ostatecznie stoję na scenie obiema nogami, niesparaliżowany i nieobezwładniony. W golfie to nie jest możliwe. Podejrzewam więc, że golfa nie mam w sobie ukorzenionego na tyle, żeby nim swobodnie manewrować. Za późno zacząłem uprawiać ten sport, by funkcjonować wobec niego swobodnie. Przykład z wczorajszego treningu: piłki leciały dokładnie tam, gdzie zapragnąłem, moje ciało nie miało żadnego napięcia, swing był taki, jakim go sobie wymyśliłem. Na dzisiejszym turnieju próbowałem to powtórzyć; udało mi się zaledwie w dwudziestu procentach. Więc co się dzieje?! Czy pole jest miejscem, które potrafi mnie aż tak sparaliżować? Teatr nie jest w stanie tak mnie obezwładnić.

Czy zarówno aktor, jak i golfista jest więc skazany podczas gry tylko na siebie?
Aktor w teatrze ma partnera. Golf to gra samego ze sobą. W teatrze partner pomaga grać, aktorzy na scenie wysyłają sobie sygnały pomocy, „otwierają się” na siebie i tworzą razem. Nawet w monodramie partnerem aktora jest publiczność. W  golfie partner jest  konkurentem, może nawet zajadłym przeciwnikiem. Co prawda partnerstwo w grze, zgrany flight, daje większe szanse dobrej gry, mimo że gracze konkurują ze sobą… ale najczęściej na polu jestem tylko ja… samotny.

W teatrze sędzią nad aktorem jest często publiczność. Inaczej w golfie – tutaj sędzią jest gracz sam dla siebie. Jak rozkłada się ta odpowiedzialność?
Gdy mówimy o publiczności, przykład teatru, jako czegoś paralelnego do golfa jest czymś szczególnie trudnym. W Polsce na turniejach trybuny nie są pełne, a raczej w ogóle ich nie ma, w przeciwieństwie do turniejów za granicą. Golf dla wielu Polaków kojarzy się, jeżeli nie z brudnymi interesami, to przynamniej z zabawą bogatych snobów. Nic bardziej mylnego. Na świecie to dyscyplina sportu chyba najbardziej powszechna. W teatrze bycie wobec publiczności to norma. Aktor nieustannie podlega ocenie – czy przez widza, czy przez kamerę. W golfie (na razie) patrzy na ciebie partner, sędzia, może zaproszony kolega; najczęściej jednak weryfikujesz samego siebie.

Czy znajduje Pan w golfie cechy, które bezpośrednio przekładają się na życie poza golfem? Również takie, które pomagają albo przeszkadzają w Pana pracy? Myślę tu o wspomnianej dyscyplinie, konsekwencji, studzeniu emocji, a nawet przyrodzie, która może inspirować.
W golfie szukałem momentu samotności, chwili w której stoję na polu sam wobec przelatującego zająca, wobec zachodu słońca, wobec dziwnych zjawisk przyrody… stanu, w którym wszystko inne znika. Nazwijmy to otchłanią, w której tkwię sam z moją piłką, moimi kijami, moimi umiejętnościami, moją głową przepełnioną tysiącem refleksji. Pole golfowe działa na mnie jak piorunochron – zła energia zostaje rozładowana –nowa przychodzi w trakcie gry. Odchodzą troski dnia, spory, nawet nieszczęścia. W sytuacjach stresu uciekam na pole i oczyszczam organizm z tego, co nieznośnie we mnie tkwi. Wtedy napełniam się spokojem, dobrocią, refleksją, a nawet melancholią.

Grę można sobie wyreżyserować? Golf to strategia, czy również pole do improwizacji?
Myślę, że najlepszą rzeczą jest postąpić podobnie jak robi to aktor;  tworzy mocny kręgosłup roli, punkty które przemierza „od – do”, ale w środku improwizuje. W golfie piłka nigdy nie leży w tym samym miejscu. Nasza taktyka jest więc równocześnie naszą improwizacją. Inaczej musielibyśmy uderzać mechanicznie, zawsze w to samo miejsce i z taką samą siłą. Na drivingu, chodzi o bezwzględną powtarzalność swingu. Na polu sytuacja jest dynamiczna, zmienna, wymaga wiedzy odnośnie sprzętu, reguł, warunków pola, pogody. Muszę wiedzieć jaki dzisiaj wziąć kij, by piłka poleciała tam, gdzie chcę. Nigdy nie jesteśmy w tym samym miejscu, ani tacy sami. Fantastyczne wyniki graczy są – według mnie – wypadkową działań w połowie odpowiedzialnych i w połowie nieodpowiedzialnych.

Jak dużo czasu poświęca Pan golfowi?
W sezonie letnim, nie mogę nie przyznać, że jest on dla mnie niemal obowiązkowym elementem dnia. Myślę, że moje uzależnienie od golfa jest nazbyt silne w stosunku do posiadanych umiejętności. Nie chcę mu jednak ulec nadmiernie bo to nie pomaga w grze, ale muszę się przyznać, że golf stał się podmiotem moich codziennych refleksji.

Jaką dałby Pan radę początkującemu golfiście?
Tylko jedną – idź do bardzo dobrego pro. Niech cię nauczy żelaznych podstaw. To jest konieczne. Dziesięć lat temu, kiedy zaczynałem, nie było ani wielu nauczycieli, ani tak dobrze jak dzisiaj wykształconych. W tej chwili możemy także uczyć się od siebie wzajemnie, bo poziom naszej gry  bardzo się polepszył. Zmalały nasze handicapy. Jednak taka droga, to wiele lat mocowania się z samotnością i samouctwem. Wzrasta liczba świetnych nauczycieli. Radziłbym zdecydowanie do takiego się udać; wtedy golf szybciej będzie sprawiał przyjemność.

O czym Pan myśli w trakcie swingu?
(Długa cisza) Przed wejściem na tee staram się myśleć o ostatnich założeniach. Po czym, stając nad piłką, próbuję przypomnieć sobie te pryncypia, a one nie przychodzą mi do głowy – wyleciały! Stoję więc totalnie pusty i uderzam. Bezmyślnie.

Mikołaj Grabowski – polski aktor filmowy, teatralny i telewizyjny, reżyser teatralny i pedagog. Dawny dyrektor naczelny i artystyczny  poznańskiego Teatru Polskiego oraz Teatru Nowego w Łodzi. Związany z Krakowem. Niegdyś dyrektor Teatru im. Słowackiego, a także reżyser w Teatrze Ludowym w Nowej Hucie. Od lat związany jest z Teatrem STU, w którym od 1997 r. (razem z Krzysztofem Jasińskim) jest dyrektorem artystycznym. Od 2002 roku dyrektor Starego Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie.
Jako golfista reprezentant Kraków Valley Golf & Country Club, obecny handicap 10,9.