De Jonge i Casey na prowadzeniu

18 czerwca 2010

Jeśli w czasie tego US Open byłby rozgrywany mecz pomiędzy polem Pebble Beach, a grającymi na nim zawodnikami, to czwartkowy wynik wynosiłby co najmniej 2:0 na niekorzyść golfistów.
de jonge
W tym roku USGA, zajmująca się przygotowaniem pola na zawody pokazało, że pola US Open poważnie aspirują o tytuł najtrudniejszych na tym globie. Trudno to sobie wyobrazić po zeszłorocznym gigancie Bethpage Black, ale tegoroczne ustawienie pola sprawia chyba jeszcze więcej problemów. Pebble Beach w bardzo niewielkim procencie przypomina pole z turnieju AT&T National, który odbył się tu w lutym. Chociaż zwycięzca tamtej rywalizacji – Dustin Johnson wypadł całkiem dobrze w czasie pierwszej rundy. Jego wynik równy par pola sprawił, że znalazł na wysokiej lokacie w pierwszej dziesiątce.

Historycznym pierwszym liderem tegorocznych zmagań, z wynikiem dwa poniżej par, został gracz z bardzo oddalonego od Kalifornii kraju, bo aż z Zimbabwe. Brendon De Jonge, bo o nim mowa, jest na pewno sensacją tych zawodów. Wspólnie z golfistą z Afryki na pierwszym miejscu znajduję się już trochę bardziej znany golfista z Anglii – Paul Casey. Paul na pewno nie mógł narzekać na brak adrenaliny w czasie czwartkowej rundy. Od wymarzonego startu, kiedy Anglik wyszedł na prowadzenie, jego piłka znajdowała drogę do najtrudniejszych miejsc na polu, ale doświadczony Casey dał sobie radę i dowiózł wynik -2 do końca. Jeśli chodzi o inne ciekawe wydarzenia z Monterrey Pennisula to także zaskoczeniem jest gra pretendenta do tytułu – Phila Mickelsona. Jego wynik 75 (+4) zepchnął go na nieco oddaloną lokatę, ale dla gracza takiej klasy jak „Lefty” może to być dobra pozycja do szturmu na pierwszą lokatę.

O jedno uderzenie mniej zanotował Tiger Woods. Jego puttowanie zostawiało wiele do życzenia, co znalazło odbicie w „wędrujących” po publiczności żartach na temat jego gry na greenie. Ogólnie, atmosfera wokół Tigera na trybunach nie jest najlepsza. Najlepiej to odzwierciedla przytoczona na którymś forum scenka: gdy po wybiciu z tee na czwartym dołku Tiger szybko, by nie spowalniać z gry, pobiegł do toalety, stojący obok fairwaya widz z napojem chmielowym w dłoni powiedział do swojego towarzysza: „Biegnie tak ochoczo, bo chyba ktoś na niego tam czeka”. Nie wiem do końca czemu tak jest, bo już od afery dotyczącej życia intymnego Tigera minęło trochę czasu, ale jak widać mieszkańcy zachodniego wybrzeża mają o wiele lepszą pamięć niż reszta świata.

Nie możemy jednak pozwalać by takie poza golfowe tematy przysłaniały nam rywalizację i emocję na Pebble Beach. Przed nami druga runda i walka o prawo do występu w finałowej części rozgrywek. A co za tym idzie – ostatecznej walce o tytuł otwartego mistrza Stanów Zjednoczonych.

Piotr Ragankiewicz
fot. Brendon De Jonge – Flash Press Media