Wywiad z Peterem Bronsonem – zwycięzcą Polish Open 2005

12 września 2006

Zwycięstwo w ubiegłorocznym turnieju Polish Open nie przyszło mu łatwo – rozstrzygnęło się dopiero w trzeciej dogrywce. Jedno jest natomiast pewne – to zwyciestwo zmieniło jego życie. Jak sam mówi – na dobre. Czy i w tym roku Peter Bronson wygra Xelion Polish Open i jako pierwszy zawodnik w historii tego turnieju obroni tytuł Międzynarodowego Mistrza Polski? Przekonamy się w niedzielę, 17 września.

– Golf to całe Twoje życie?

Tak, muszę przyznać, że to prawda. Choć wcale nie jestem z tego tak do końca zadowolony. No, ale tak – golf to moje życie. Prawdą jest, że jeśli nie uczę gry w golfa, to sam gram w turniejach lub pracuje przy ich organizacji. Nawet jeśli jadę do Warszawy to głównie, by wpaść do jakiegoś pubu, gdzie można obejrzeć relacje z tych najważniejszych światowych zawodów.

– Nawet jeśli pracujesz przy organizacji turniejów, znajdujesz czas by poćwiczyć. Raz jesteś na putting grenie, godzinę później widzę Cię na driving range.

Moja dobra reputacja opiera się przede wszystkim na tym, że wygrywam turnieje. To, że się o mnie mówi, to że gdzieś pada moje nazwisko, gdy mówi się o polskim golfie, to także dzięki mojemu wkładowi w szkolenie golfistów, ale jednak przede wszystkim dzięki moim sukcesom, a te zawdzięczam ciężkiej pracy. I Ty byłeś świadkiem ile tej pracy we własne doskonalenie wkładam. A czym większe są moje umiejętności tym, więcej mogę z siebie dać ludziom, którzy chcą trenować pod moim okiem. Myślę, że duża część zawodowców nie podchodzi do własnej gry zbyt poważnie. Może kiedyś marzyli o zostaniu wielkimi golfistami, ale gdy zaczynają pracować jako trenerzy nie mają motywacji, by poświęcać się jeszcze własnemu szkoleniu. Ja we wszystkim co robię, każdego dnia staram się robić to jeszcze lepiej i tak jest nie tylko z golfem.

– Ale bycie lepszym trenerem nie musi wcale oznaczać bycia lepszym zawodnikiem, prawda? Na czym skupiasz większą uwagę?

To prawda, choć w moim przypadku bycie lepszym zawodnikiem oznacza większą łatwość i pewność w mówieniu o golfie, o szczegółach, o niuansach, które często decydują o dobrym uderzeniu, czyli oznacza bycie lepszym trenerem. Jeśli jako gracz wspinam się na coraz lepszy poziom, gram coraz lepiej, w coraz większych turniejach, wiem wtedy ile wysiłku to kosztuje, ile włożonej pracy. Jeśli jestem z tym na bieżąco, to mogę o tym mówić bardzo prawdziwie, zwracając uwagę także na stronę psychiczną takiego trybu życia. Czuję, że mam więcej doświadczeń i przemyśleń, którymi mogę się podzielić – i jako trener i jako zawodnik.

– Polish Open nie był Twoim pierwszym turniejem w Polsce.

Nie. Pierwszy zagrałem na polu Amber Baltic Golf Club w 2003 roku – taki mały, dwu-dniowy Pro-Am. I to było moje pierwsze, bardzo pozytywne doświadczenie – wygrałem ten turniej w dogrywce, więc miałem miłe wspomnienia. Dlatego też później, gdy nadarzyła się taka okazja – z wielką ochotą – przyjąłem zaproszenie na Polish Open 2005.

– I tak się zaczęło. Teraz Polska to Twój dom.

Przez ostatnie 10 lat mieszkałem w Hiszpanii i potrzebowałem zmiany. A że miałem tu sporo szczęścia i poznałem naprawdę fajnych, życzliwych ludzi, nie miałem wątpliwości, że to dobre miejsce dla mnie. Uwielbiam północ. Tu – w przeciwieństwie do Hiszpanii – widać jak zmieniają się pory roku. Gdy jest wiosna – widzę i czuję, że jest wiosna. Tak samo jest z latem i jesienią. Na zimę wracam do Hiszpanii (śmiech). Poza tym to, że golf w Polsce jest tak świeży, młody – traktuję jako moją szansę. Tu wszystko się dopiero zaczyna. To bardzo ekscytujące być częścią tego procesu i mieć nawet niewielki wpływ na kształt golfa w Polsce. Mam tu na myśli moje doświadczenia z europejskich turniejów zawodowych, które można wykorzystać przy organizacji zawodów tutaj. Ludzie związani z golfem, władze PZG są otwarte i gotowe do dyskusji. To sprawia, że mam poczucie, że biorę udział w czymś bardzo dynamicznym, kreatywnym, gdzie mogę się wykazać i zaznaczyć swoja obecność.

– Jak wspominasz ubiegłoroczny turniej Polish Open?

Turniej był świetny i nie tylko ze względu na moje zwycięstwo. Pogoda dopisała, mimo, że był późny wrzesień. Liście były już żółte, trawa nadal bardzo zielona – pięknie to wyglądało. Do rywalizacji stanęło 40 graczy zawodowych – to duża zasługa Mike’a O’Briana, który włożył dużo pracy, by promować turniej wśród zawodników z zagranicy. Zagrałem bardzo dobrą I rundę. Druga była przyzwoita a trzecia była na tyle dobra, by wraz z trzema innymi zawodnikami rozstrzygnąć zwycięstwo w dogrywce. I z jakiegoś dziwnego powodu w ogóle się nie denerwowałem. Powiedziałem sobie wtedy: „OK., to ostatni turniej w tym roku”. I w dogrywce, na 18 dołku wykonałem jeden z moich najbardziej ryzykownych strzałów. Gdy zobaczyłem te wszystkie przeszkody do pokonania – drzewa, między którymi musiałem się przśliznąć i jeszcze do tego jeziorko, pomyślałem: „Wszystko albo nic”. Albo z tego będzie coś naprawdę dobrego, lub po prostu przekreśli moje szanse na wygraną. Muszę przyznać, że zawsze miałem sporo szczęścia (któremu trzeba oczywiście pomagać) i zdecydowałem, że z tego miejsca – z tych chaszczy, zza drzew i z tą przeszkoda wodną przede mną – uderzę prosto na green. Wyszło idealnie. Uratowałem dołek a na następnym wygrałem turniej. Dzięki tej wygranej posypały się propozycje przyjazdu do Polski na dłużej i z wielką radością przyjąłem propozycję pracy w waszym kraju, na Mazurach.

– Można powiedzieć, że to uderzenie odmieniło Twoje życie.

Tak. Można tak powiedzieć i tak też o tym myślę. Uważam, że wszytsko co robiłem do tej pory miało mnie przygotować do tej chwili w której obecnie się znajduję. I tak myślałem w momencie tego trudnego uderzenia. Musisz zaryzykować, sprawdzić czy odpowiednio się przygotowałeś. To co w golfie jest niepowtarzalne to to, że tutaj nie ma drugiej szansy. Nie ma drugiego serwisu, tak jak w tenisie. Nie ma miejsca na zwątpienie, każde uderzenie jest na wagę zwycięstwa, właściwie od pierwszego dołka. I w takim momencie musisz – to jest podstawa – musisz wierzyć, że to się uda i po prostu to zrobić. Łatwo powiedziec, bo sam byłem zaskoczony tym, jak dobrze wyszło mi to uderzenie. Pozostali też nie mogli uwierzyć. Możliwe, że to uderzenie wywarło tak wielkie wrażenie na moim przeciwniku, że ledwo zremisował ten dołek i poległ na następnym, wbijając piłke do wody. Tak, to uderzenie odmieniło moje życie.

– Na dobre?

Tak, jasne. Jestem przekonany, że w Polsce spędzę przynajmniej kilka następnych lat. Czym wiecej ludzi poznaję tutaj, tym chętniej o tym myślę. Polska znana jest na świecie z pięknych kobiet i jestem pierwszym, który to potwierdzi. Jedzenie jest też pyszne: kiełbasa, żurek, wódka…

– Kiedy zacząłeś i jak przygotowywałeś się do Xelion Polish Open?

Przygotowywałem się od dnia zakończenia Polish Open 2005, a właściwie powinienem powiedzieć, że do Xelion Polish Open 2006 przygotowuję się od 1993 roku. Nie ma różnicy czy jest to Polish Open czy British Open – przygotowujesz się tak samo. Wszystkie te turnieje „zlewają” się w jedną niekończącą się serię uderzeń i musisz je wszystkie zagrać jak najlepiej, zwłaszcza w tych trudnych momentach. Tyle możesz zrobić.

– Zawody rozgrywane będą na polu Kraków Valley Golf & Country Club. Lubisz to pole? Wygrałeś tam jeden z turniejów PGA Polska Pro-Am Tour.

Tak. Jak sam zauważyłeś mam powody, by lubić to pole. Tym razem chciałbym spędzić więcej czasu w samym Krakowie. Słyszałem, że kopalnia soli w Wieliczce robi wrażenie. W ogóle Kraków i jego okolice to atrakcyjne miejsce, więc Xelion Polish Open cieszy mnie także z tego powodu.

– A samo pole – ma w sobie coś szczególnego, coś co szczególnie Ci pasuje?

Mają tam jedno z najlepszych miejsc treningowych jakie widziałem. Jest naprawdę niezwykłe, zapierające dech w piersiach – położone na szczycie wzgórza, ma znakomity dołek par 3, driving range jest olbrzymi, podobnie jak putting green. Idealne, wymarzone miejsce do trenowania. A jeśli chodzi o samo pole do gry, to tu także można tylko chwalić.

– Co powiedziałbyś tym, którzy będą grali tam po raz pierwszy?

Graj bliżej ale dokładnie – staraj się zawsze umieścić piłkę na fairway’u, unikaj rough. Jeśli piłka ucieknie poza fairway będziesz w poważnych tarapatach – tam trawa jest bardzo gęsta i wysoka, możesz mieć poważne problemy ze znalezieniem piłki. Nawet jeśli masz dobry dzień, jedno uderzenie do rough’y, może diametralnie zmienić twoją sytuację. Tak przynajmniej było, jak grałem tam ostatnim razem. Naprawdę nie musisz grać daleko, to pole wcale nie jest długie. Proponuje raczej skupić się na dokładnym uderzeniu, no a za tym idzie przemyślane dobieraniu kijów. Korzystanie z drivera przy każdym dołku może wielu zgubić. Warto wziąć 3-iron, 3-wood i skupić się na strategii gry, niż na sile.

– Pole w Paczółtowicach należy do tych trudnych pól.

Tak, to dość trudne pole. Często wieje tam silny wiatr, położone jest dość wysoko, więc piłka lata trochę dalej. Gdy gra się tutaj czysto rekreacyjnie wszelkie błędy rekompensują Ci piękne widoki. Gdy gra się w zawodach, to krajobraz niestety schodzi na dalszy plan, ale mogę powiedzieć, że to moje szczęśliwe pole.

– Czy to znaczy, że i w tym roku zwyciężysz w Xelion Polish Open.

Nie wiem. Myślę, że mam duże szanse i zrobię wszystko, by wygrać. Z drugiej strony myślę, że w golfie ogromne znaczenie odgrywa po prostu szczęście, fart. Stąd też nigdy nie możesz powiedzieć jak będzie na pewno. Możesz grać rewelacyjnie, ale zepsujesz kilka puttów i przegrywasz. Możesz też grać kiepsko, ale zdarzy Ci się kilka świetnych uderzeń i nagle stoisz na najwyższym stopniu podium. Najczęściej jednak wygrywa najlepszy. Zrobię co w mojej mocy, żeby zatrzymać tytuł z ubiegłego roku.

– Możesz zdradzić jak wygląda Twój dzień?

Nie zawsze wygląda tak, jakbym chciał. Mógłby trwać kilka godzin dłużej… Wstaję wcześnie rano. Na polu chciałbym być już o 5. Jednak jeśli jestem o 6, to nadal jest OK, bo do 9 wieczorem jest trochę czasu, a właśnie o tej godzinie zazwyczaj kończę zajęcia. Od kiedy jestem w Polsce (od red. pracę rozpoczął w kwietniu) tylko przez 2 dni nie byłem na polu. Gram, ćwiczę, szkole, doskonalę własną grę i tak codziennie i nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej.

– I tak jest od początku Twojej przygody z golfem?

Wychowywałem się w Bostonie i grać mogłem tylko w lecie. Zacząłem dość późno, bo miałem 13 lat. Od początku golf spodobał mi się na tyle, że poświęcałem mu każdej wolnej chwili. Wstawałem wcześnie, szedłem na pole, grałem rundę i mówiłem sobie: „jeszcze 9 dołków”. Po tych dziewięciu, kolejne dziewięć i kolejne, aż do momentu gdy już nie miałem piłek. Tak zaczęła się zabawa. Gdy golf zacząłem traktować poważniej, nie zawsze było tak wesoło i często miałem go dość. Jak powiedziałem wcześniej jedną z moich głównych cech jest dążenie do coraz lepszych wyników, więc nie mogłem przerwać, poddać się. Teraz gdy sam uczę innych, wraca do mnie to, co czułem na samym początku – wielką radość z gry, szkolenie dzieci. Traktuję to jako czystą przyjemność. No bo, czy to nie przyjemność spędzać całe dni na świeżym powietrzu, w otoczeniu przyrody i bawić się, bo gra to zabawa. 99,99% ludzi na świecie gra w golfa bo to wspaniała zabawa. I ja tak to traktuje.

– Ale Ty zarabiasz na golfie.

To jednak nigdy nie było moim założeniem, głównym celem. Chciałem żyć z grania w golfa, zamiast jakiejkolwiek innej pracy. I wierz mi, że nie ma dla mnie większego znaczenia czy zarabiam 50 tysięcy euro czy 5 tysięcy. Pieniądze nigdy nie były i nie są tym, za co kocham golf.

– Od początku myślałeś, że zostaniesz zawodowym graczem?

Pro zostałem w 1998 roku. To było po tym, jak rok spędziłem w Niemczech, pracując jako kelner. Zdecydowałem wtedy, że wrócę do Hiszpanii i będę zarabiał tak, jak sobie wymarzyłem – grając w golfa. W końcu przygotowywałem się do tego przez 10 lat. Stwierdziłem, że przyszła odpowiednia pora sprawdzić się jako zawodowiec. To był najlepszy sposób, by zarabiać pieniadze jednocześnie spędzając całe dni na polu. Oczywiście zacząłem od uczenia innych, bo sam byłem jeszcze nie wystarczająco dobry, by zarabiać w turniejach. Zacząłem uczyć, mając nadzieję, że któregoś dnia będę na tyle dobry, by przystąpić do rywalizacji. I ten plan się wypełniał – z każdym rokiem grałem lepiej. Moja droga była długa, bo gdy zaczynałem grać jako nastolatek nie miałem żadnego trenera, no i zacząłem dość późno. Musiałem więc pracować dwa razy ciężej i dłużej czekać na efekty. Opłaciło się jednak – widzę ogromną poprawę.

– Jak nazwałbyś styl gry Petera Bronsona?

A to dobre pytanie (śmiech). Gdybym miał ocenić się jako golfistę, musiałbym przyznać, że nie mam najlepszych warunków fizycznych i nie jestem utalentowanym graczem, a to oznacza, że zawsze musiałem pracować więcej niż inni, a to z kolei wyrobiło we mnie ogromną cierpliwość i precyzję. Jeśli połączysz to jeszcze z dość pozytywnym nastawieniem – wiele uwagi poświęciłem psychicznemu przygotowaniu do gry – to otrzymasz mój styl. W golfie – nie wiem czy nie ważniejsze od techniki – jest przekonanie o swoich możliwościach, nastawienie do gry, spokój umysłu oraz dyscyplina. Myślę, że jako golfista uosabiam typ gracza, który ciężką pracę i dbałość o szczegóły łączy z ogromnym pragnieniem bycia coraz lepszym. Podchodzę do golfa bardzo poważnie – analizuje błędy, myślę o każdym uderzeniu, nigdy nie podchodzę do piłki, by uderzyć ją jak najdalej, zawsze mam na nią jakiś pomysł. Jestem zwolenników małych, acz dokładnych kroków.

– Na każdą piłkę masz pomysł. Co myślisz zaraz przed uderzeniem?

O niczym. Po prostu chcę uderzyć piłkę tam gdzie wymyśliłem, że ma spaść. Gdy stoję na tee, nie myślę już o uderzeniu, raczej sobie je wyobrażam, staram się poczuć to idealne uderzenie. Na początku, gdy zaczynasz grać w golfa, myślisz przede wszystkim o technice i o przeszkodach na swojej drodze – bunkrach, wodzie, drzewach, krzakach. Lepsi zawodnicy zaczynają myśleć więcej o kiju, o tym jak wykonać nim ten najlepszy ruch. A tym ostatnim etapem wtajemniczenia jest gdy przestajesz myśleć o kiju, a zaczynasz myśleć o piłce – tak, by zrobiła to co chcesz. To się staje naturalnym odruchem – tak jak return w tenisie. W golfie masz więcej czasu na to uderzenie, ale zasada jest podobna.

– Jakie są słabe i mocne strony Petera Bronsona?

Mocne strony to cierpliwość i świadomość. Jestem świadomy swoich błędów, potrafię je na spokojnie analizować. Jestem optymistą i mam szczęście. Wierzę, że w życiu dostajesz to, o co prosisz, na co pracujesz. Oczywiście nie od razu, czasami trzeba na to czekać, ale w końcu to przyjdzie. Mam szczęście do ludzi, to bardzo pomaga. Zła strona to świadomość. Świadomość tego, że na golfie życie się nie kończy. Chciałbym mieć więcej czasu, a może nawet więcej wcieleń – doświadczać życia jako pisarz, tancerz, ktokolwiek… Dręczy mnie przeczucie, że coś tracę, że coś mija bezpowrotnie a ja o tym nie wiem, że przechodzi mi koło nosa coś cennego. Czy to ma wpływ na moją grę? Tak, bo gdy powinienem był całkowicie oddać się grze, postanowiłem, że będę studiował. Chciałem zdobyć dobre wykształcenie, by później nie żałować, że z tego zrezygnowałem. I poszedłem na Uniwersytet, który stawiał na wykształcenie a nie na program szkolenia sportowców. To opóźniło moją karierę golfisty.

– Powiedziałeś, że nie jesteś obdarzony talentem do gry w golfa? Czym Twoim zdaniem jest talent u golfisty?

Wiele osób mówi o talencie jako warunkach fizycznych, umiejętności wykonywania uderzeń. Myślę jednak, że w golfie wcale nie to jest najważniejsze. Golf to nie jest sport, gdzie po 10 latach gry odchodzisz na emeryturę. Zawodowy golfista może grać i wygrywać znacznie dłużej, a to oznacza, że i na treningi przeznaczasz więcej swojego życia niż inni sportowcy. Każdy zawodnik biorący udział w Challenge Tour trenuje 8-10 godzin dziennie. Nikt tak intensywnie i długo nie trenuje. Masz więc dużo czasu, by uderzenie doprowadzić do perfekcji, nawet jeśli nie jesteś utalentowany. Jednak jeśli nie masz odpowiednich predyspozycji psychicznych, to 8, 10 czy nawet 14 godzin treningu dziennie nie pomoże w zmianie nastawienia, a to głównie ono pomaga w wygrywaniu.

Z Peterem Bronsonem rozmawiał Michał Kukawski.